I był Beskid…

No comments

A cóż to za tytuł? O co tu chodzi?

No właśnie. A chodzi o Beskid Niski. Krainę mało znaną, nieporównanie rzadziej odwiedzaną niż osławione Bieszczady, ale nie mniej interesującą, rzekłbym nawet ciekawszą.

A wracając do tytułu, nawiązuje on do jednego z bardziej znanych utworów Wolnej Grupy Bukowina czyli słynnych “Pejzaży Harasymowiczowskich”, w których to zawarta jest cała kwintesencja tych gór.

Byłbym w tym miejscu kłamcą gdybym powiedział, że nasz wyjazd latem 1990 r. w Beskid Niski był zainspirowany wersami wspomnianej piosenki, tudzież opisami potencjalnych atrakcji turystycznych. Niestety powód organizacji tej wyrypy był prozaiczny. W tamtym okresie byliśmy z Jackiem zainteresowani wypełnieniem normy na zdobycie odznaki turystycznej GOT w stopniu “Duża Srebrna”, a aby ten cel osiągnąć należało m.in. odbyć dwie wycieczki wielodniowe z punktami startowymi, pośrednimi oraz końcowymi określonymi w Regulaminie GOT. My w tym momencie zdecydowaliśmy się na wycieczkę wielodniową w Beskidzie Niskim. Kiedyś trzeba było to zrobić.

Dopiero później okazało się, że nie był to czas stracony, a Beskid Niski na długo pozostał w naszej pamięci.

Wracając do samego wyjazdu.

Tak jak rok wcześniej umówiliśmy się pewnego sierpniowego, gorącego wieczora na dworcu kolejowym Wrocław Główny i oczekiwaliśmy na pociąg do Krynicy z przesiadką w Tarnowie.

Humory nam dopisywały, tym bardziej, że w odróżnieniu od poprzedniego wyjazdu w Bieszczady na podbój Beskidu Niskiego udawaliśmy się w mocnej, 7-mio osobowej grupie i to w dodatku mieszanej.

Sama podróż upłynęła nam bez wodotrysków, chociaż trwała dość długo, gdyż w Krynicy zameldowaliśmy się już po godzinie 12-tej, tak więc o jakimkolwiek wyjściu na trasę można było zapomnieć. Pozostało szwendanie się po Krynicy, zakwaterowanie w schronisku młodzieżowym i oczekiwanie na następny dzień.

Co do schronisk młodzieżowych w Beskidzie Niskim. Nie wiem jak w tej chwili, ale pod koniec lat 80-tych i na początku 90-tych było ich dość sporo na tym obszarze z czego skrzętnie korzystaliśmy nocując w nich chociażby w Krynicy, Grabiu czy Barwinku.

Przyszło jednak w końcu ruszyć na trasę i na dzień dobry wziąć byka za rogi, czyli osławioną Lackową, najwyższy szczyt Beskidu Niskiego po polskiej stronie (najwyższym szczytem w całym paśmie jest Busov 1002 m n.p.m. znajdujący się już na terenie Słowacji).

Co do samego ukształtowania terenu i  trudności “technicznych” Beskidu Niskiego można powiedzieć, że w jakimś sensie jego nazwa geograficzna odpowiada skali trudności tych gór. Może za wyjątkiem Lackowej nie mamy tutaj do czynienia ze spektakularnymi wielogodzinnymi podejściami, niekończącymi się dolinami, wysokimi szczytami. Stoki Beskidu Niskiego są przyjazne dla piechura, a niechybnie ich wartością dodaną są rozległe panoramy oraz dzika, nieskalana ludzką ręką przyroda.

 

B_Niski_05.jpg
W czasie zejścia do Ropek. W oddali Bordiów Wierch.

Wejście na Lackową okazało się, przynajmniej dla części ekipy dość selektywne. Atakując ją od strony osady Mrokowce zetknęliśmy się z przysłowiową ścianą. Końca podejścia nie było widać natomiast gliniaste podłoże powodowało ześlizgiwanie się w dół i mozolne wydzieranie górze każdego metra. W efekcie na szczycie meldowaliśmy się w dość rozrzuconych odstępach czasowych, a niektórzy wchodzili na szczyt kilka razy wciągając plecaki innych osób.

Po tych problemach dalsza wędrówka w tym dniu do Wysowej była przyjemnością. Dzień zakończyliśmy na bazie studenckiej w Wysowej, do której z resztą po kilku dniach mieliśmy jeszcze wrócić.

W kolejnym dniu nasza grupa trochę się uszczupliła. Dwie z naszych koleżanek dowiedziały się, iż w okolicy znajduje się obóz harcerski prowadzony przez ich znajomych, postanowiły ich odwiedzić i wrócić do nas w Krempnej.

My tymczasem po zrzuceniu do depozytu kilkudziesięciu konserw udaliśmy się w kierunku Ropek oraz Uścia Gorlickiego, a następnie przełęczy Małastowskiej po drodze zażywając kąpieli w Ropie.

B_Niski_07.jpg
Kąpiel w Ropie.

Na Przełęczy Małastowskiej wypadł nam też jeden z noclegów, tym razem na dziko w bezpośrednim sąsiedztwie zabytkowego cmentarza z czasów I Wojny Światowej, zaprojektowanego przez słowackiego architekta Dušana Samo Jurkoviča. W miejscu tym należy nadmienić, iż w czasie całego pobytu odwiedzaliśmy jeszcze wiele cmentarzy wojennych, których twórcą był właśnie Dušan Jurkovič. Architekt ten jako pracownik Oddziału Grobów Wojennych C. i K. Komendantury Wojskowej w Krakowie przy dowództwie okręgu wojskowego „Galicja Zachodnia” był projektantem 35 cmentarzy. Projektował głównie w drewnie, ale nie stronił też od kamienia. Każdy z projektów, który wyszedł spod jego ręki był niepowtarzalny. Nam w trakcie tego wyjazdu udało się zaliczyć cmentarze na Przełęczy Małastowskiej, na Beskidku i w Krempnej.

Po noclegu na Przełęczy Małastowskiej trzeba było wracać do Wysowej. Część naszej grupy postanowiła wykonać wariant autobusowy trasy i uzupełnić nasze zapasy, ja natomiast z Jackiem postanowiliśmy się przejść do Wysowej zaliczając w tym dniu jedną z ładniejszych cerkwi Łemkowskich jakie udało nam się zobaczyć na tym wyjeździe, a mianowicie cerkiew w Skwirtnem.

Obszar Beskidu Niskiego, aż kipi od cerkwi. Wiele z nich ma wielowiekową historię i jest zabytkami wpisanymi na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, jak chociażby cerkiew Opieki Bogurodzicy w Owczarach.

Jeśli chodzi o cerkiew w Skwirtnem to została ona wzniesiona w roku 1837 jako grekokatolicka cerkiew św. Kosmy i św. Damiana, a następnie została przejęta przez katolików i od roku 1947 funkcjonuje jako kościół filialny parafii katolickiej w Uściu Gorlickim.

B_Niski_20.jpg
Przy cerkwi w Skwirtnem

W tym dniu, już po dojściu do Wysowej postanowiliśmy zaliczyć jeszcze jedną, zgoła inną, murowaną, tym razem prawosławną cerkiew w Blechnarce, również pod wezwaniem św. Kosmy i św. Damiana.

Cerkiew ta początkowo była również cerkwią grekokatolicką. Wybudowano ją w roku 1801, a ikonostas znajdujący się w jej wnętrzu pochodzi z roku 1865.

W drodze powrotnej z Blechnarki postanowiliśmy spróbować także kuchni regionalnej. W tym celu udaliśmy się do nieistniejącej już restauracji “Beskid” w Wysowej na degustację gołąbków z kaszą gryczaną, które były nawet niezłe oraz miejscowego piwa z browaru w Grybowie o nazwie “Góralskie”. W przypadku piwa należy stwierdzić, iż jego walory wizualne i smakowe przypominały płyn powstały po wyciśnięciu szmaty do podłogi, ale cóż było zrobić, jak to mawiał klasyk “na bezrybiu i rak ryba”.

W restauracji miała także miejsce wymiana argumentów pomiędzy miejscowymi konsumentami zakończona uspokojeniem jednego z nich przed restauracją.

Na ten dzień był to koniec naszych atrakcji. Pozostało więc zaszyć się w namiocie i udać spać.

Tymczasem nastał kolejny dzień. Po ostatecznym pożegnaniu się z szefostwem bazy studenckiej w Wysowej i odebraniu depozytu ruszyliśmy w kierunku Jaworzyny Konieczniańskiej oraz wsi Konieczna.

Droga mijała nam dość spokojnie przetykana przerwami na zbiory jeżyn i orzechów laskowych, których nasadzenia lub samosiejki ciągnęły się całymi kilometrami wzdłuż pasa drogi granicznej.

W takiej piknikowej atmosferze osiągnęliśmy szczyt Jaworzyny Konieczniańskiej, zwiedziliśmy kolejny cmentarz wojenny usytuowany na Beskidku (nie wiem czy nadal istnieje, gdyż już wówczas był w nie najlepszym stanie) i zeszliśmy do Koniecznej.

B_Niski_34.jpg
Na Jaworzynie Konieczniańskiej.

Konieczna okazała się bardzo małą wsią bez jakiejkolwiek infrastruktury turystycznej czy handlowej. Nie pozostało więc nic innego jak znaleźć miejsce na rozbicie namiotu i oddanie się błogiemu lenistwu.

Szczęśliwie się złożyło, że spotkaliśmy na naszej trasie dość leciwego, bardzo sympatycznego starszego pana, który pozwolił nam się rozbić na terenie jego posesji.

Okazało się, że był to strzał w dziesiątka. Starszy pan był bowiem Łemkiem, który opowiedział nam swoją historię praktycznie od urodzenia poprzez doświadczenia I i II Wojny Światowej, wywózkę w ramach Akcji “Wisła” na Dolny Śląsk i powrót po latach do Koniecznej.

Historia Łemków, ich smutne doświadczenia, szczególnie w okresie powojennym zasługują w zasadzie na osobny wpis. Dotykając tylko tego tematu należy wspomnieć, iż Łemkowie są grupą etniczną ludności rusińskiej, która zamieszkiwała północne stoki Karpat po polskiej ich stronie w zasadzie od Szczawnicy w Pieninach po rejon Wysokiego Działu w Bieszczadach. Grupa ta charakteryzowała się specyficzną kulturą, językiem, a pozostałości tej kultury widoczne są po dziś dzień w postaci dawnych cerkwi czy chat znajdujących się chociażby w skansenie w Sanoku. Największa tragedia spotkała Łemków po II Wojnie Światowej, kiedy to w ramach Akcji “Wisła” zostali wysiedleni z rodzinnych stron na tereny Polski Zachodniej oraz ZSRR. W efekcie, z publikowanych danych statystycznych wynika, iż w Polsce największa społeczność łemkowska znajduje się na terenie Dolnego Śląska, ale koleje losu rzucały tych ludzi praktycznie po całym świecie. Kiedy byłem w Rumunii po około 20 latach od opisywanego wyjazdu spotkałem w Syhocie Marmaroskim kobietę, której matka pochodziła z Łemków i została przesiedlona na tereny obecnej Ukrainy natomiast moja rozmówczyni wyszła za mąż za Rumuna i osiedliła się właśnie w Syhocie Marmaroskim.

Wracając do naszego wyjazdu. Kolejne dni toczyły się swoim torem. Pokonywaliśmy kilometry łąk, lasów, ścieżek wzdłuż drogi granicznej i powoli zbliżaliśmy  się do Krempnej, w której dołączyły do nas z powrotem dziewczyny – harcerki.

W Krempnej postanowiliśmy zostać dwa dni. Pozwoliło nam to na zorganizowanie wycieczki autobusowej do Jasła, zwiedzenie okolicznych atrakcji jak chociażby kolejnego cmentarza wojennego oraz organizację małej biesiady przy ognisku z wykorzystaniem miejscowych gadżetów rozrywkowych jak np. dyby.

Po okresie wypoczynku spędzonym w Krempnej postanowiliśmy ruszyć dalej. Celem była pustelnia Błogosławionego, a obecnie Świętego Jana z Dukli.

B_Niski_49.jpg
Przy pustelni błogosławionego Jana z Dukli

Znowu podzieliliśmy się na zespoły, gdzie część ekipy ruszyła pieszo, a część autobusem. Taka sama sytuacja miała miejsce także w dniu następnym, kiedy ostatecznie dotarliśmy do Barwinka.

Powoli nasz wyjazd zbliżał się do końca. Pozostały nam jeszcze dwa dni marszu do Komańczy z noclegiem po drodze w nieistniejącej już wsi Jasiel.

W Jasielu spotkała nas dość nieprzyjemna sytuacja, a mianowicie zostaliśmy zaatakowani przez na wpół dzikie psy pasterskie. Tylko dzięki w miarę szybkiej interwencji pasterza nie doszło do tragedii, a nie dużo do niej brakowało, gdyż psy nie bały się rzucanych kamieni, a wręcz przeciwnie, dodatkowo je to zagrzewało do walki.

Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.

Dzień po noclegu w Jasielu był naszym ostatnim dniem marszu. Jako że mieliśmy różne pomysły co do formy i trasy powrotów do domu w Jasielu w zasadzie się rozstaliśmy. Część grupy została dłużej, część w tym moja skromna osoba zwinęła się o świcie i ruszyła w stronę Komańczy, którą osiągnęliśmy przed południem.

B_Niski_50.jpg
Na Przeł. Dukielskiej

Pozwoliło nam to na dojazd jeszcze w tym samym dniu do Tarnowa i zażycie odrobiny luksusu. Dzięki temu manewrowi mieliśmy także cały kolejny dzień na zwiedzania Krakowa i spokojny powrót do domu.

Reasumując należy jeszcze raz powiedzieć, iż pobyt w Beskidzie Niskim nie był straconym czasem. Ponowne po Bieszczadach obcowanie z kulturą Beskidów Wschodnich, dziczą w nich panującą było bardzo ciekawym doświadczeniem. W odróżnieniu od Bieszczadów w Beskid Niski nie udało mi się póki co wrócić, ale mam nadzieję to w końcu nadrobić. Kiedy, czas pokaże.

galeria2

 

Dodaj komentarz