Atienza – Checa. Cztery dni jazdy przez Sierra de Pardos, Sierra de Santa Cruz i góry La Serrezuela.
Są takie dni na wyprawie, które po prostu trzeba odbębnić. Tak właśnie było na kolejnym etapie naszej jazdy.

Monotonna trasa główną drogą bez żadnych atrakcji, porywisty, zimny wiatr przez cały dystans, o dziwo częste mijanki z ciężarówkami. Po prostu masakra.


Na pewno atrakcją poranka było niespodziewane śniadanie, które zaproponował nam właściciel hotelu i wizyta w dość dużej jak na tutejsze warunki miejscowości czyli w Siguenza.W sumie nie spodziewaliśmy się po niej zbyt wiele, ale jednak pierwsze pozory nas zwiodły. Bardzo fajna starówka i kolejna gotycka katedra były miłym urozmaiceniem trasy, w efekcie czego spędziliśmy tutaj prawie godzinę.



Kulminacją dnia było jednak Medinacelli, małe miasteczko położone na dwóch poziomach – starówka na wysokim grzbiecie i nowa część miasta poniżej niego.
Żeby dostać się do starówki trzeba było przejechać około 3 km i pokonać dwieście metrów podjazdu. Po dość ciężkim dniu taka atrakcja to dość duży wysiłek i mimo zrzucenia sakw w zaprzyjaźnionej restauracji na dolnym mieście podjazd dał nam się we znaki.



Jednak było warto. Przepiękna starówka, chociaż opuszczona (nie wiem czy ktoś tam jeszcze mieszka), otaczająca cisza i świergot ptaków robiły swoje. Trochę tutaj zabawiliśmy łażąc i jeżdżąc rowerem prawie po wszystkich zaułkach. Widać, że kiedyś było to tętniące życiem centrum miasta, dzisiaj pełniące jedynie funkcję kulturalną.



Po około godzinie zjechaliśmy jednak na dół. Trzeba było jeszcze poszukać hotelu, a jak się później okazało nie była to łatwa sprawa.
Mijały godziny, a my, mimo wstępnego dogadania przez telefon warunków noclegu, nadal nie wiedzieliśmy gdzie będziemy spać. hotel był zamknięty, a ktoś z jego obsługi miał się pojawić o 21:00. Niestety termin przyjazdu tej osoby co chwilę się wydłużał i mimo naszych telefonicznych monitów nasza sytuacja się nie polepszała.
Dopiero dobrze po godzinie 22:00 pani z sąsiedniego domu wpuściła nas do pokoju, prawdopodobnie po telefonie od właścicieli, że jednak nikt do nas nie przyjedzie. Widać było, że takie sytuacje zdarzały się tutaj nie pierwszy raz, gdyż sąsiadka dysponowała całym zestawem kluczy do hotelu. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło i można było w końcu położyć się do łóżek.
Po spokojnej nocy nastał przepiękny, słoneczny poranek, pozwalający w końcu, od samego rana na jazdę w krótkim rękawku. Celebrujemy nieśpiesznie śniadanie. Tortilla, “kursant”, kawka pozwalają dobrze zacząć dzień.Do przejechania mamy jakieś 75 km. Niby nie dużo, niby cały czas z górki, ale tempo jazdy jest dość wolne.


Cały czas napawamy się widokami, a te są niesamowite. Co wioska lub miasteczko to średniowieczny zamek, klimatyczny ryneczek, jakiś zapomniany romański kościółek. Nie sposób było przejechać obok tego obojętnie. Co róż fotka czy filmowanie.



Mimo częściowej jazdy dość ciężkim szutrem humory dopisują. W nagrodę za trudy jazdy w tym dniu docieramy do miasteczka Cetina, w którym odbywał się odpust lub celebracja święta patrona miasteczka. Mnóstwo ludzi, stoły zastawione napojami i jedzeniem, grająca orkiestra, jednym słowem fiesta.






Po dość długiej przerwie trzeba było jechać dalej, gdyż do mety pozostało jeszcze 20 km. Dzisiaj czekał nas pierwszy nocleg pod namiotem, na campingu położonym w miejscowości Nuevales, nad sztucznym zbiornikiem wodnym powstałym przy połączeniu rzek Rio Ortiz, Rio Piedra i Rio Mesa.

Camping okazał się bardzo miły i przytulny. Jeszcze tylko małe piwko przed snem i można zanurzyć się w namiotach.
Po pierwszej nocy spędzonej na campingu ruszyliśmy na śniadanie w kierunku Nuevales. Ciepłe grzanki z dżemem i pyszna kawa smakują naprawdę wybornie. Powoli zbieramy się do wyjazdu na trasę. Jeszcze jakieś ostatnie telefony, poprawianie bagażu, smarowanie kremem przeciwsłonecznym i możemy ruszać.


Znowu wjechaliśmy w góry. To przedsmak etapu do Teruel, prawdopodobnie najtrudniejszego na trasie wyjazdu. Czy było ciężko? Chyba nie. Mam wrażenie, że organizm już się przyzwyczaił do tych podjazdów, które towarzyszą nam codziennie.
Jedziemy w coraz bardziej zmieniającej się szacie roślinnej. Widać już wpływ południa. Mijamy coraz więcej gajów oliwnych. Przedzieramy się między plantacjami brzoskwiń i czereśni, które na powierzchni wielu hektarów są osłonięte przed ptakami siatką czy też jakąś grubszą włókniną.



Na polach wśród zbóż i na łąkach króluje nadal mak. Jak on pięknie wygląda wtopiony w zielone łany.
W tym krajobrazie dojechaliśmy do małego, zabytkowego miasteczka Daroca, gdzie przy szumie fontanny, niczym w Rzymie, połknęliśmy wstępny obiad, czyli fantastyczne tapas.




Z Daroca dalsza droga prowadziła starym kolejowym szlakiem. Jechało się dość wygodnie, ale nieco monotonnie. W efekcie dojechaliśmy nim prawie do miejsca następnego noclegu w Torrijo del Campo, małego, sennego miasteczka z o dziwo działającym barem, będącym centrum gastronomiczno – kulturalnym miasteczka.







Oczywiście nie omieszkaliśmy zjeść w nim obfitego obiadu, a dzięki pomocy i instrukcjom właściciela baru znaleźliśmy miejsce do rozbicia namiotu na dziko, na tyłach miejscowego parku.
Noc na dziko minęła bez jakichkolwiek atrakcji. nie mieliśmy niespodziewanych gości, ani policji, chociaż nie kryliśmy się jakoś specjalnie z naszym biwakiem, a i wczorajszego wieczoru po parku kręciło się kilka osób. Nikt nas nie okradł, namioty suchutkie, jednym słowem sukces.
Po spakowaniu maneli i posprzątaniu obozowiska ruszyliśmy na śniadanie do naszego baru. Pyszna kawa z mlekiem i grzanki z bekonem dodały nam sporo energii do jazdy. Dodatkowe drinki owocowe i woda z lodem zdefiniowały nasze śniadanie jako danie premium.
Powoli żegnamy się z obsługą baru i ruszamy do Molina de Aragon. Jazda była całkiem niezła, ale długie proste odcinki były bardzo monotonne.


Do Molina de Aragon dotarliśmy w bardzo dobrym czasie. Nad tym pięknym zabytkowym miastem góruje zamek w stylu mauretańskim, który z daleka rzuca się w oczy. Chwilę tutaj odpoczęliśmy, ale trzeba było jechać dalej. Za miastem zaczęły się jednak “schody”. Czekały na nas cztery bardzo ciężkie podjazdy, dodatkowo “zasilane” upałem. Wiem, wiem, nie będę narzekał na słońce po pierwszym tygodniu deszczów, ale fakt jest faktem, skwar nam nie pomagał.





Po pokonaniu podjazdów suniemy na nocleg do maleńkiego miasteczka Checa, Do hotelu dojechaliśmy około godziny 17:00 i jak to bywa w Hiszpanii jest sjesta i trzeba czekać na otwarcie hotelu do godziny 19:00. Cóż było robić. Trochę odpoczywamy, trochę serfujemy po internecie, spacerujemy po miasteczku. Czas wlecze się niestety niemiłosiernie wolno. Na szczęście o godzinie 18:00 swoje drzwi otworzył miejscowe bar, dzięki czemu mogliśmy się trochę “nawodnić” i zjeść małe co nieco.

Do baru wracamy jeszcze dzisiaj po zakwaterowaniu w hotelu. Początkowo mieliśmy zjeść kolację w hotelowej restauracji ale wydała nam się trochę pretensjonalna, a swojski bar z przemiłą obsługą i pysznym jedzeniem bardziej zachęcał do spędzenia wieczoru. Wybór był więc oczywisty.
Mimo wszystko nie siedzimy tutaj zbyt długo. Jutro czeka nas etap do Teruel, najtrudniejszy etap wyprawy.




