Z Burgos do Atienzy. Przez Sierra de la Demanda i dolinę Rio Duero.
Camino wzywa.
Po jednodniowym odpoczynku w Burgos i zwiedzaniu miasta (relacja z wizyt we wszystkich godnych uwagi większych miastach wyprawy w osobnym artykule) przyszło nam jechać dalej, tym razem do Santo Domingo de Silos.

Poranek był całkiem ładny, a i reszta dnia znośna. Najważniejsze, że w końcu zaliczyliśmy dzień jazdy bez deszczu. Mimo tego, że przez cały dzień było dość słonecznie temperatura jednak nie rozpieszczała. Ale nie można mieć wszystkiego.
Po fantastycznej jajecznicy na boczku ruszyliśmy na trasę około godziny 9-tej.
Praktycznie przez cały dzień jechaliśmy mocno pofałdowanym terenem, przemieszczając się między zielonymi wzgórzami raz pod górkę, raz z górki.

Częściowo jedziemy też starym szlakiem kolejowym, z którego postanowiliśmy zboczyć po ok. 20 km jazdy i zajechać na kawę do baru “La Lucia” w Revilla del Campo.
Samo znalezienie baru nie było proste. Mimo zaznaczenia przybytku na mapie nie było żadnej tablicy czy szyldu, który by informował, że trafiliśmy do celu. Miasteczko, tak jak wszystkie inne napotkane po drodze, również sprawiało wrażenie wymarłego więc nawet nie mogliśmy zapytać czy dobrze trafiliśmy.
Jednak po kilku minutach rozglądania się zauważyliśmy w oknie na piętrze starszą panią, która zaczęła nas przywoływać. Jak się okazało była to sama Donna Lucia, właścicielka jednak nie wirtualnego, a prawdziwego baru.
Spędziliśmy w nim prawie godzinę. Oprócz świetnej kawy zostaliśmy jeszcze poczęstowani wyśmienitym serem. Donna Lucia siłą rozpędu chciała nam nalać jeszcze po szklance wina, ale grzecznie odmówiliśmy.
Tak jak z początku dnia tak przez dalszą jego część poruszaliśmy się w całości szlakiem Camino del Cid. Co rusz mijaliśmy znaki/tablice szlaku, kierunkowskazy i pomniki Cyda Walecznego nie zauważając kiedy dotarliśmy do Santo Domingo de Silos.



Santo Domingo de Silos to stosunkowo małe miasteczko, w którym życie toczy się wokół opactwa św. Dominika z Silos (Monasterio de Santo Domingo de Silos). My również, zaraz po zakwaterowaniu w hotelu, postanowiliśmy dać się oczarować temu, pochodzącemu z X-XI wieku klasztorowi i zwiedzić go od środka. Trzeba przyznać, że było warto.
Nie jestem wielkim fanem zwiedzania kościołów, ale muszę przyznać, że opactwo, a szczególnie niesamowicie zadbane wewnętrzne ogrody otoczone fantastycznymi krużgankami, robi wrażenie.




W klasztorze spędziliśmy trochę czasu. Nie było nam zbyt śpieszno, gdyż restauracja hotelowa, po sjeście, jak większość z restauracji czy barów na całej trasie, otwierała się dopiero wieczorem, w tym przypadku o godz. 20.00. Warto było jednak czekać, gdyż ponowna degustacja Morcilli (specyficzna hiszpańska kaszanka, w której kasza zastąpiona jest ryżem) w połączeniu z miejscowym winem dostarczyła nam dużej satysfakcji.
Po dobrze przespanej nocy mieliśmy wyjechać na trasę trochę wcześniej niż zwykle. Jednak stała się rzecz “niemożliwa” jak na Hiszpanię. Szum za oknem jednoznacznie wskazywał, że leje deszcz, a termometry w telefonach nie chciały przekroczyć 4 stopni C. W efekcie wyruszyliśmy do San Esteban de Gormaz dopiero po godzinie 10.00.

W zasadzie ukształtowanie terenu w tym dniu bardzo przypominało poprzedni etap. Jedynie początek trasy, przez kanion Yecla, kosztował nas sporo wysiłku bo na dzień dobry trzeba było pokonać 200 m w pionie.
Dzień mijał nam dość szybko. Krótkie podjazdy i zjazdy pośród dużych połaci zieleni, a także znikomy ruch samochodowy nastrajały optymistycznie i wręcz uskrzydlały, a kilometry mijały niezauważenie.
Pojawiły się też pierwsze zamki jak chociażby Coruña del Conde czy Peñaranda de Duero.


Brakowało nam tylko, w odróżnieniu od wcześniejszych dni, jadących z naprzeciwka sakwiarzy i tradycyjnych pozdrowień “Buen Camino”.
Wróćmy jeszcze na krótko do pierwszych kilometrów trasy. Po dojechaniu do Espinosa de Cervera załapaliśmy się na pyszną kawę i sernik własnego wypieku, który wyglądał i smakował jak sernik baskijski, chociaż z racji tego, że byliśmy w Kastylii powinienem powiedzieć sernik kastylijski, ale nie wiem czy nawet taki istnieje.

Mimo, że trasa była dość prosta i jechało nam się całkiem fajnie, gdzieś w połowie drogi zgubiliśmy Mariusza, któremu na dodatek nawigacja odmówiła posłuszeństwa, a i telefon szwankował. Na szczęście po nadrobieniu około 30 km udało mu się dojechać do nas. Nagrodą za trudy jazdy była pyszna obiado – kolacja serwowana po godzinie 21.30.


Tak późne pory ostatnich posiłków były dla nas dość kłopotliwe, gdyż powodowały problemy z zaśnięciem, a rano z wybudzeniem, ale jakoś musieliśmy sobie z tym radzić.
Kolejny dzień jazdy do Berlanga de Duero był nieco inny od poprzednich, gdyż podzieliliśmy go na dwa podetapy.
I-szy 58 – kilometrowy pojechaliśmy na lekko z Piotrem, a II-gi 50 – kilometrowy, już z pełnym obciążeniem i w pełnym składzie razem z Mariuszem.
Pierwsza część prowadziła trochę trialową pętlą w okolicy San Esteban de Gormaz z zajazdem do całkiem przyjemnego miasteczka Langa de Duero, z górującym nad nim średniowiecznym zamkiem. Ciekawostką poranka była pokryta szronem trawa, co jasno wskazywało na przymrozek jaki zdarzył się w nocy i nad ranem. Jednak jak to mówią jedna jaskółka nie czyni wiosny, tak i Langa de Duero nie spowodowała naszych zachwytów w kontekście całej trasy. Wręcz przeciwnie ten podetap mocno nas rozczarował. Zameczków i fajnych miasteczek było jak na lekarstwo, jednak jak już wjechaliśmy na pętlę to trzeba było jakoś wrócić, tym bardziej że mieliśmy w pokoju bagaże, a musieliśmy go opuścić do godziny 12.00.

W efekcie końcowym do San Esteban de Gormaz wróciliśmy około godziny 11.00, co pozwoliło zagonić dość późne drugie śniadanie, a że byliśmy trochę wyjechani zamówione tapas i churros z kawą smakowały wyśmienicie.
Drugi odcinek jazdy pokonujemy niespiesznie. Na dłużej zatrzymujemy się w El Burgo de Osma i zwiedzamy miejscową katedrę, równie monumentalną jak ta w Burgos, będącą jedną z największych atrakcji miasteczka.





W sumie po około godzinnym pobycie w katedrze i miasteczku wyruszyliśmy znowu na trasę. Szlak niezmiennie prowadził niewielkimi wzgórzami z kilkoma większymi podjazdami, tudzież dolinami rzecznymi.



Nieco problemów sprawił nam odcinek trialowy II – go podetapu dnia, szczególnie kiepska gruntowa droga, z dość mocnymi podjazdami, ale jakoś daliśmy radę. Nagrodą dnia był za to widok na zamek Berlanga, jak dotąd najlepiej zachowanej ze wszystkich spotkanych na trasie warowni.


Resztę dnia, w tym wieczór spędziliśmy na klimatycznym ryneczku, w restauracji której częścią był również nasz hotel.
Z tą restauracją wiąże się też pewna anegdota. Otóż w ramach noclegu mieliśmy w niej zapewnione śniadanie. Kiedy wieczorem spytaliśmy, od której jest ono podawane kelner z poważną miną odpowiedział, że oczywiście od 8 – mej, tak jak jest czynna restauracja. Niestety jak to w Hiszpanii bywa restauracja otwiera się wtedy kiedy się otwiera, a nasza nie należała do wyjątków. W efekcie na dzień dobry zaliczyliśmy godzinny falstart, gdyż obsługa z siłą spokoju otworzyła lokal o 9 – tej. Jeśli myślicie, że było jakieś przepraszam i np. dodatkowa kawa gratis to się mylicie. Wszystko było tak jak miało być.



Tak więc na trasę ruszyliśmy z małym opóźnieniem, ale w sumie jakoś nam się nie spieszyło więc nie było problemu. Początkowe pokonywanie wzgórz za wzgórzem, w całkiem ładnym słońcu powoli się kończyło. Zaczęliśmy dość mocno podjeżdżać czego efektem było pokonanie dwóch dość wysoko położonych przełęczy, z czego wyższa, La Carrascosa wznosiła się na 1 380 m n.p.m.

Piękna pogoda, którą mieliśmy do przełęczy i do wioski Miedes de Atienza szybko się skończyła. Już w czasie przerwy na kawę w miejscowym barze zaczęło grzmieć i pojawiły się pierwsze krople deszczu. Trzeba było uciekać przed burzą. W efekcie przemieszczaliśmy się dalej dość szybko czując na plecach “oddech burzy” i przyjmując “na klatę” pierwsze, na razie krótkotrwałe popadywanie deszczu.


Niestety kres jazdy nastąpił w miasteczku Atienza. Dosłownie rzutem na taśmę schowaliśmy się w miejscowym barze, a burza rozszalała się na całego. W knajpce spędziliśmy kilka godzin i w efekcie końcowym tutaj zakończyliśmy trasę. Mimo zakończenia opadów było już za późno na kontynuowanie jazdy w tym dniu. Nieraz tak bywa, że plany planami, a rzeczywistość rzeczywistością.





Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Dzięki noclegowi w Atienza trochę pochodziliśmy po tym uroczym miasteczku, nad którym górował dość dobrze zachowany, częściowo muzułmański zamek. Mieliśmy też okazję zobaczyć pierwszą, wiejską arenę do corridy.


