CAMIMO DEL CID,  HISZPANIA,  OKOŁOROWEROWO,  REGIONY,  SPORT I PODRÓŻE,  TOP,  WARTO ZOBACZYĆ,  WYPRAWY

Kierunek Morze Śródziemne. Przez Teruel do Walencji.

No i przyszedł czas na pokonanie najwyższego punktu wyjazdu. Wprawdzie ten konkretny nie był początkowo planowany, ale tak się złożyło, że nie było wyjście i trzeba było się z nim zmierzyć.

Checa w porannym słońcu.

Po nocy spędzonej w jedynym hotelu w Checa ruszamy do kolejnego etapu wyprawy. Niestety nie mieliśmy możliwości rozgrzać się odpowiednio, a zaraz po wyruszeniu z miasteczka czekało nas kilka żmudnych podjazdów. Wiedzieliśmy, że w tym dniu nie będzie łatwo i tak też się stało. Zaraz po starcie nasz “peleton” się porwał i każdy z osobna wspinał się po coraz gorszej drodze, która ostatecznie przekształciła się w remontowaną, kilkunastokilometrową, pylistą szutrówkę. Oprócz trudów podjazdu oczywiście na drodze, szczególnie w trakcie mijanek z samochodami panowało dość duże zapylenie, a dodatkowy brak wiatru i wysoka temperatura jeszcze bardziej potęgowały złe samopoczucie w trakcie podjazdu.

Na domiar złego, w miejscu, z którego zostało do pokonania 2 km tego remontowanego odcinka musieliśmy się zatrzymać i zawrócić. Nie wpuścili nas pracownicy budowlani. Nie pomogły żadne tłumaczenia, że się prześliźniemy między koparkami. Trzeba było zawracać i  wspinać się na przełęcz Villarosario (1705 m n.p.m.). Na szczęście byliśmy już stosunkowo wysoko i wjazd na przełęcz jakoś nas nie wykończył. Plusem tej sytuacji była jazda po normalnej nawierzchni, a nie po zakurzonej szutrówce. Widać tak miało być.

Z przełęczy zjeżdżamy na krótki odpoczynek i małe nawodnienie w barze na górskim campingu. Chwila odpoczynku w sosnowym lesie dobrze nam zrobiła, gdyż te ciągłe podjazdy od startu trochę nas nadwyrężyły. Na szczęście wiedzieliśmy, iż od przełęczy czeka nas kilkadziesiąt kilometrów zjazdu do Albarracin, małego, zabytkowego miasteczka położonego kilkadziesiąt kilometrów przed Teruel.

Próbujemy zwiedzać Albarracin. Wtaczamy się na starówkę głównie pchając rowery po powykrzywianym bruku. Jednak nachylenie i jakość “kocich łbów” jest taka, że po kilkudziesięciu metrach w pionie porzucamy rowery i idziemy strzelić kilka fotek bez obciążenia. Na starówce nie zabawiliśmy zbyt długo. Kilka zdjęć, łyk wody i zjeżdżamy na dół. Mimo tego, że Albarracin sprawiało dość przyjemne wrażenie ogólne zmęczenie, którego doświadczyliśmy było na tyle duże, że na jakieś większe zwiedzanie nie mieliśmy sił.

Na szczęście zjedliśmy na miejscu obiad i ostatnie 37 km jazdy do Teruel jakoś udało się zaliczyć.

Mimo, że jechaliśmy prawie cały czas z góry to jazda ostatnim odcinkiem zajęła nam blisko 2,5 godziny, może dlatego, że głównie pod wiatr. Na szczęście dotarliśmy do celu w Teruel. 

Po wjeździe na starówkę trafiamy na chwilę do miejscowej “mordowni” zlokalizowanej obok naszego hostelu na kufel zimnego piwa. W lokalu panuje ożywiona atmosfera spowodowana transmisją z corridy i rytualnym męczeniem i uśmiercaniem byka.

Nie rozumiem jak można w cywilizowanym kraju, w XXI wieku emocjonować się taką patologiczną rozrywką. Na szczęście w knajpie nie zabawiliśmy zbyt długo, gdyż nasz hostel był gotowy już nas przyjąć. Teraz czekał nas jednodniowy odpoczynek i regeneracja po dziewięciu dniach nieprzerwanej jazdy.

Dzień przerwy w Teruel dobrze nam zrobił. Po dość wykwintnym jak na nasze warunki śniadaniu i modyfikacji trasy w naszych nawigacjach wyjeżdżamy z miasta ok. 9 rano.

Początkowy chłód szybko zastępuje gorąc powstały z pchania rowerów dziurawą, polną drogą prowadzącą na Stary Szlak Kolejowy, którym postanowiliśmy dzisiaj jechać. W trakcie wyprawy wielokrotnie poruszamy się drogami/ścieżkami rowerowymi prowadzącymi w śladzie dawnych torów kolejowych. Jedzie się nimi dość dobrze. 

Praktycznie, jak to na linii kolejowej, cały czas lekko z górki. Dodatkowo piękne widoki i lekki wietrzyk łagodzący coraz większy upał nastrajają optymistycznie do jazdy.

Po około 30 km pedałowania zatrzymujemy się na kawę. Smakuje wybornie i w połączeniu z kilkoma butelkami coli kompletnie nas rozleniwia. Jednak musimy jechać dalej.

Po wyjściu z kawiarni czeka nas niemiła niespodzianka. Pierwszy “kapeć” wyjazdu. Z defektem rozprawiamy się jak fachowcy na torze Formuły 1. 15 minut, łącznie z myciem rąk i jedziemy dalej.

Cały czas towarzyszy nam dawny szlak kolejowy. Niestety na trasie zaczynają się pojawiać remonty drogi. Czasami udaje się je przejechać, czasami trzeba przepchać rowery lub objechać miejsce remontu. Musimy trochę kluczyć nadrabiając drogi. Ostatecznie decydujemy się zjechać na asfaltówkę i nią dojechać do mety.

Od tego momentu, nie wiem jak to się stało, jedziemy samotnie. W efekcie gubimy się całkowicie. Każdy jedzie swoją trasą. Część wraca na szlak kolejowy, część jedzie drogą krajową. Zbieramy się na campingu przez kilka godzin. Na szczęście chłodny prysznic, pyszny liofilizat przygotowany na obiadokolację i lampka czerwonego wina wypita w wieczornym chłodzie rozkładają nas całkowicie. 

Za nami dwa tygodnie wyprawy rozpoczętej w nadatlantyckim Bilbao. Aż trudno uwierzyć, że dzisiaj dojedziemy do Walencji nad Morzem Śródziemnym. W trakcie jazdy wielokrotnie zmieniał się krajobraz, roślinność, pogoda, a my powoli przemierzaliśmy Hiszpanię “z góry na dół”.

Zanim jednak zanurzyliśmy się w morzu, na plaży w Walencji, a właściwie w el Saler “zaganiamy” fantastyczną owsiankę i ruszamy na trasę. Początek jest nietypowy. Nasza trasa prowadzi wzniesieniem zaraz za ogrodzeniem campingu, przy którym jesteśmy rozbici, dosłownie kilka metrów od naszych namiotów. My jednak z naszej parceli musimy zjechać kilkaset metrów w dół, a następnie wypchnąć rowery na szlak położony za płotem. Cóż. Nie było wyjścia. Trzeba było zmierzyć się z tym zadaniem. Na szczęście była to pierwsza i ostatnia niedogodność tego dnia jazdy.

Ponownie wskoczyliśmy na Stary Szlak Kolejowy i zaczęliśmy jeden wielki zjazd. Z profilu trasy wynikało, że mamy w tym dniu 54 m podjazdu i 700 m zjazdów. Jedziemy delikatnie w dół przez około 50 km. Widać, że pomału zbliżamy się do dużej aglomeracji miejskiej. Coraz więcej hal magazynowych, centrów logistycznych, budynków przemysłowych, na razie oddalonych od siebie. Jednak bliżej Walencji tego typu architektura zaczyna się zagęszczać. Mamy wrażenie, że Hiszpanie w ogóle nie przykładają wagi do kwestii ochrony krajobrazowej czy jakiegokolwiek logicznego i spójnego zagospodarowania przestrzennego. W efekcie czego wiele budowli mijanych po drodze potwornie szpeci krajobraz, który staje się dość brzydki.

Na około 30 km przed metą zjechaliśmy ze szlaku kolejowego i wpadliśmy w dość dobrze przemyślany system dróg i ścieżek rowerowych aglomeracji Walencji, które jak po sznurku doprowadziły nas na camping w el Saler.

Przejeżdżając przez Walencję podziwiamy jej nowoczesną architekturę. Na “starówkę” przyjdzie czas po południu.

W nagrodę, po dojeździe na camping i po rozbiciu obozowiska zanurzamy się w ciepłym morzu. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka dni temu jechaliśmy w deszczu lub mrozie, jakbyśmy byli w całkiem innym kraju.

Przed snem, robimy jeszcze zasiad w lokalnej restauracji i pijemy, jak się później okazało, najdroższe wino wyjazdu, opierając się na poleceniu kelnera i płacąc pewnego rodzaju frycowe. trudno. Trzeba było przełknąć tę “gorzką pigułkę” i wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *