Maroko Tour- Dzień 14

No comments

Kolejny dzień jazdy rozpoczął się całkiem przyjemnie.
Z samego rana wstaliśmy szybko, zmyleni nieco przestawionymi zegarkami.

Król Maroko postanowił że w Maroko zegarki nie będą przestawiane, w związku z czym w Maroko do wczoraj obowiązywał czas miejscowy (bez przedstawienia zegarków) i czas turystyczny, tj. dla turystów którym zegarki przestawiają się automatycznie. Ten drugi stosowany jest w miejscowościach typowo turystycznych jak Merzouga celem uniknięcia zamieszania, jednak mam wrażenie że wprowadza jeszcze większy zamęt. Automatyczne przestawienie Naszych zegarków spowodowało jeszcze większy zamęt ale udało Nam się z rana odnaleźć w czasoprzestrzeni (właściciel piekarni mówił że otwiera o 7 stąd wiedzieliśmy że wybiła godzina 7 lokalnego i od wczoraj również turystycznego czasu).

Temperatura z samego rana nie była za wysoka jednak mimo mokrych ulic na niebie nie było za wiele chmur. Pojawiły się one w pewnym momencie na trasie i nieco postraszyły deszczem, jednak udało Nam się przejechać trasę bez moknięcia.

Ruszamy w trasę

Zaraz po wyjechaniu z miejscowości Er Rich ujrzeliśmy piękny krajobraz Atlasu Wysokiego wraz z częściowo ośnieżonymi szczytami gór.

Widok na ośnieżone szczyty Atlasu Wysokiego

Następnie po przejechaniu kilkunastu kilometrów rozpostarł się przed Nami bardzo Szkocki krajobraz.

Czy to Szkocja?

Celem pośrednim dnia był wjazd na przełęcz Tizi n-Talghamt na wysokości 1907 metrów (urosła ona trochę w stosunku do danych w GPSie, jakieś 10 metrów).

Na przełęczy- chwila dla fotoreporterów

Wjazd na przełęcz był dosyć wygodny- nachylenie było stosunkowo niskie przez całą trasę przez co mało odczuwalne. Pierwsze 5 kilometrów zjazdu było za to kręte i pełne serpentyn.

Zjazd z przełęczy i powiewająca na już sporym wietrze flaga

Sama trasa i różnice wysokości nie byłyby dla Nas problematyczne jednak kłopot pojawił się na 10 km przed przełęczą już w trakcie podjazdu. Zaczął Nam wiać prosto w twarz dość silny wiatr. Jak się okazało silny wiatr po wyjechaniu na górę i zjechaniu z przełęczy przekształcił się w bardzo silny wiatr. Po sprawdzeniu podczas postoju prędkości wiatru okazało się, że wiał on średnio 22km/h, w porywach 43 km/h. W takim wietrze jeszcze nie zdarzyło Nam się jechać. Nie dość że był on potwornie męczący co skutkowało prędkością jazdy średnio 8-10 km/h po płaskim i 14 km/h w porywach przy zjazdach to był on bardzo niebezpieczny w momencie gdy mijały Nas większe pojazdy. Tor lotu powietrza zmieniał się, przez co rowerem szarpało tak, że ciężko było Nad nim zapanować. Na szczęście obyło się bez upadków i kolizji.

Zarówno z powodu wiatru jak i plagi nieodpowiedzialnych kierowców którzy zniecierpliwieni mijali nas o milimetry ostatnie ok. 35 kilometrów było dla Nas drogą przez mękę. Na dodatek zostaliśmy nastraszeni (na szczęście tylko na pędzie w stronę rowerów i szczekaniu się skończyło) przez dwa całkiem spore burki.

Po 35 kilometrach mordęgi udało Nam się dojechać na nocleg do Midelt. Miasteczko zaskoczyło Nas swoim bardzo europejskim charakterem. Ulice są dość szerokie, panuje na Nich porządek a wzdłuż ulic ciągną się bardzo przyjaźnie wyglądające restauracje, kawiarnie i sklepy.

Nasz hotel położony jest na lekkim wzniesieniu, dzięki czemu możemy liczyć na piękny widok z tarasu na miasto. Na kolację w Restauracji znajdującej się przy Naszym hotelu zjedliśmy najlepszą jak dotychczas Harirę.

Widok na Midelt z tarasu hotelowego

Jutro czeka Nas około 89 km jazdy, przy czym wiatr mimo że ma być boczny ma być już prawie 4 krotnie lżejszy. Oby, bo przed Nami trasa nie dość że dłuższa od dzisiejszej to prowadząca przez przełęcz na wysokości 2100 metrów. Znowu czekają Nas podjazdy, mamy nadzieję że bez wiatru w twarz.

Trasa dnia:

 

Reklamy

Dodaj komentarz