Przez Kraj Basków z Bilbao do Burgos w Kastylii Leon.
Jak zwykle po kilku miesiącach przygotowań udało nam się zebrać w trzyosobowej ekipie, tym razem bez Wojciecha, a z Piotrem, na warszawskim Okęciu przed zaplanowanym na 10.05.2026 r. lotem do Bilbao.
Całą procedurę związaną z lotem przeszliśmy bez problemu, a i bagaż sportowy nadaliśmy ekspresowo. Ładujemy się więc do samolotu i po trzech godzinach lądujemy w Bilbao.
Bagaż, w tym rowery, również dotarł.
Mimo, że jest przed godziną 21.00 na zewnątrz świeci słońce. Skręcanie rowerów idzie nam dość sprawnie i po kilkudziesięciu minutach ładujemy się na rowery i ruszamy do centrum Bilbao.

Na dzień dobry Kraj Basków postanawia nas sprawdzić wydolnościowo. 10 km jazdy do centrum miasta i prawie 300 m podjazdu. Na szczęście poszło dość sprawnie i po równie długim, ale za to szybkim zjeździe, po około godzinie od wyjazdu z lotniska meldujemy się w naszym hotelu, a w zasadzie akademiku.



Hotel położony jest wprawdzie w centrum, ale w dość podejrzanej dzielnicy, w której co kilka kroków stoją grupki nieciekawie wyglądających wyrostków.
Mimo to postanowiliśmy tego wieczoru jeszcze coś zjeść i wypić. Na szczęście nie dostaliśmy po mordzie i szczęśliwie wróciliśmy z krótkiego spaceru do siebie.
Po dość dobrze przespanej nocy wita nas nieco chłodny poranek. Okazuje się, że śniadanie mamy kilka ulic dalej, w małej sympatycznej kawiarence. Śniadanie to może za dużo powiedziane. Kawa i croissant to trochę mało. Żeby się najeść kupujemy jeszcze po kawałku tortilli ziemniaczanej i jakoś się zapełniamy. Krótki spacer do hotelu, pierwsze fotki, pierwsze obserwacje.


Co do zasady Bilbao nie udaje nam się zwiedzić, gdyż zaraz po śniadaniu ruszamy na trasę w kierunku Trespaderne. Jedynie oglądamy kilka ciekawych budynków z pozycji siodełka rowerowego w trakcie przejazdu przez miasto.


Trudno więc powiedzieć czy to ładne miasto i co jest w nim ciekawego. Na pewno jest to miasto kontrastów. Z jednej strony dość brudna dzielnica Bilbao La Vieja, w której nocowaliśmy, z drugiej położone kilka kroków od niej nadrzeczne bulwary z Muzeum Guggenheima na czele. Wszędzie powiewają baskijskie flagi. Na każdym kroku widać odmienność tej prowincji od pozostałej części Hiszpanii.



Przejazd ku wylotówce z Bilbao zajmuje nam sporo czasu. Trochę fotografujemy, trochę kluczymy licznymi ścieżkami rowerowymi. W końcu po około godzinie wjeżdżamy w dolinę rzeki Kadagua ibaia, którą łącznie z doliną Herrerias podążamy przez prawie 50 km. Teren jest dość zróżnicowany. Zaliczamy sporo podjazdów i zjazdów. Niestety tych drugich jest zdecydowanie mniej. Pojawiają się coraz ciekawsze widoki w może jeszcze nie najwyższych, ale bardzo majestatycznych Montes Vascos.


Krajobraz i roślinność trochę przypomina nam nasze Beskidy, a może Małą Fatrę. Trochę porośniętych liściastym lasem wzgórz, trochę skał, chociaż wysokość póki co nie jest za duża.
Cały czas jedziemy pod górę porzucając w pewnym momencie dolinę rzeczną i przedzieramy się centralnie przez masyw górski. Łącznie w tym dniu wyszło ponad 1200 metrów podjazdów na dystansie około 85 km.


Od pewnego czasu robimy wyścigi z deszczem i burzą. Dwa razy udaje nam się schować. Raz w otwartym garażu, a raz na przystanku autobusowym. Niestety jak to mówią do trzech razy sztuka. No i za tym trzecim razem już się nie udało. Mimo próby przeczekania pod dość solidnym drzewem siła nawałnicy dała znać o sobie na tyle, że zmokliśmy do suchej nitki.
W takim opłakanym, a w zasadzie odeszczowanym stanie dotarliśmy na camping w Trespaderne i mimo początkowej decyzji skutkującej rozbiciem namiotów w deszczu ostatecznie dopłaciliśmy i wylądowaliśmy w bungalowie. To była bardzo dobra decyzja.


Na osłodę, po ogarnięciu siebie i dobytku, wypiliśmy wieczorem w miejscowej restauracji po lampce czerwonego wina “Ramon Bilbao”, wina które będzie nam towarzyszyć w trakcie całego wyjazdu.
Poranek nie napawa optymizmem. Widać duży wpływ na pogodę Oceanu Atlantyckiego i napływających znad niego wilgotnych mas powietrza. Miała być Hiszpania, miało być słońce, a tu takie zaskoczenie.

Trochę boimy się czy nie powtórzy się wczorajszy deszcz. Szybka owsianka, zdanie kluczy do pokojów i siedzimy na rowerach.
Zaraz za miastem wskakujemy na szlak rowerowy biegnący torem dawnej kolejki wąskotorowej, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu tętniła życiem przedzierając się skalistym wąwozem Rio Oca.

Po dość karkołomnym wypchaniu rowerów na szlak dalsze jego pokonywanie jest dość przyjemne. Szutrowa, równa nawierzchnia, częste mostki, wiadukty, małe tunele sprawiają dość dużą frajdę z jazdy. Czasami wyjeżdżamy na otwarty teren, na którym niestety trochę wieje.




Wszystko byłoby fajnie, gdyby po przejechaniu 40 km nie rozpoczęła się totalna ulewa, która trwała ponad 3 godziny.
Przez kolejne 20 km nie mamy możliwości nigdzie się schować. Brniemy więc dalej w strugach deszczu i w coraz bardziej rozmakającym podłożu, które zaczyna przypominać zaprawę betonową.

Nie było również sensu zajeżdżać do mijanych wiosek, gdyż jak dotąd wszelkie sklepiki i knajpki były zamknięte na cztery spusty (przerobiliśmy ten temat dzień wcześniej).
Totalnie przemoczeni, przemarznięci i cali ubłoceni na biało dojechaliśmy do Vivar del Cid i do pierwszej otwartej w tym dniu restauracji. Po wejściu do środka nie wiedzieliśmy czy się przebierać, czyścić ubrania czy też sobie odpuścić. Stanęło na tym ostatnim.
Gorąca herbata, ciepłe jedzenie, a na deser szklaneczka koniaku zrobiły swoje.
Humory się poprawiły, trochę przeschnęliśmy i mogliśmy ruszać dalej, tym bardziej że deszcz przestawał padać.
Po pokonaniu około jednego kilometra dojechaliśmy do punktu startu szlaku Camino del Cid będącego zarazem symbolicznym miejscem urodzenia Cyda Walecznego.

A właśnie!
W sumie co rusz przywołuję imię tego średniowiecznego rycerza, jednak de facto nic o nim nie napisałem.
Można powiedzieć, że Cyd Waleczny, a w zasadzie Rodrigo Diaz był w pewnym sensie uosobieniem Janosika, trochę Pana Wołodyjowskiego, a trochę rycerza rabusia. Burzliwe dzieje XI – wiecznej Hiszpanii, w której przyszło mu żyć definiowały także tryb życia tego typu postaci.
Zachęcam do przeczytania artykułu zamieszczonego na stronach Polskiego Radia 24 traktującego o Cydzie Walecznym i jego dziejach.
W sieci dostępny jest także dwusezonowy serial obrazujący losy Cyda Walecznego.
My tymczasem jedziemy dalej. Wprawdzie do mety pozostało około 18 km, ale same się nie przejadą. Powoli zbliżamy się do Burgos. Coraz więcej szerokich arterii, krzyżujących się miejskich ścieżek rowerowych, trąbiących samochodów. Przemieszczamy się rondo za rondem, i po kilkudziesięciu minutach docieramy do naszego campingu. Ponownie muszę to powiedzieć. Nie ma to jak gorący prysznic i gorąca herbata. Tylko koniaku brakuje do kompletu. Jak to mówią “pierwsze koty za płoty”. Przed nami dzień odpoczynku, a później Kastylia Leon.
