Kierunek Bośnia – Dzień I wyprawy
W zasadzie na Bałkanach jesteśmy już czwarty dzień, więc tytuł może być mylący. Jednak to dzisiaj ruszamy na właściwą trasę, a wszystko co było do tej pory było tylko wstępem do właściwej wyprawy.
Przed nami wprawdzie niezbyt długi odcinek jazdy poprzedzony kolejowym transferem z Belgradu do Użic, jednak nie wiemy jak nas przywitają góry i serbski upał.
Po nocce spędzonej na barce ruch w pokoju zaczyna się ok. 5-tej rano. Niestety przed 6:00 musimy wyruszyć na dworzec kolejowy w Belgradzie.

Szybkie pakowanie sakw, pożegnanie z personelem i ruszamy na dworzec kolejowy.
Na szczęście do dworca nie jest daleko. Część trasy wiedzie po dość wygodnych ścieżkach rowerowych, które niestety szybko się kończą. Ładujemy się więc na dość ruchliwą ulicę prowadzącą w stronę widocznych z daleka torów kolejowych. Chwilowo się zgubiliśmy, przynajmniej tak nam się wydawało gdyż miałem wrażenie jazdy po fragmencie drogi szybkiego ruchu. Samochody jadą jak szalone, a dźwięk klaksonów mieszający się z hałasem silników nie nastraja dobrze do jazdy. W końcu udaje nam się zjechać w kierunku dworca.

Na dworcu pojawia się kolejny problem, a mianowicie jak się dostać na perony.
Na szczęście udaje nam się wpakować do windy, która zawozi nas na jeden z peronów.
Belgradzki dworzec centralny jest dość przyjazny dla rowerzystów. Dzięki dość wygodnym podjazdom udaje nam się bez najmniejszych problemów wjechać na nasz peron docelowy.
Jeszcze tylko kupno biletów i jesteśmy gotowi do jazdy.
O ile my byliśmy gotowi, o tyle serbskie koleje już nie. Okazało się, że nasz pociąg jest spóźniony ok. 1,5 godziny. Pozostało więc czekać. Plusem tej sytuacji był jedynie dostęp do otwartej sieci internetowej co pozwoliło nam zagłębić się w lekturze bieżących wiadomości lub wykonać kilka internetowych połączeń telefonicznych.
W końcu siedzimy w klimatyzowanym pociągu, który niespiesznie rusza w kierunku Użic. Słowo niespiesznie jest jak najbardziej właściwie, gdyż wiele odcinków trasy pokonywane jest z prędkością nieprzekraczającą 30 km\h.

Podróż potwornie się dłuży. Trochę serfujemy po Internecie, trochę przysypiamy. Krajobraz powoli zmienia się z typowo nizinnego na pagórkowaty, aż w końcu wjeżdżamy w konkretne góry. Co chwilę jedziemy tunelem, czasami dłuższym, czasami krótszym. Mijane stacje sprawiają dość przygnębiające wrażenie. Trochę zapuszczone, trochę zdewastowane, niektóre położone w miejscach zapomnianych przez Boga i ludzi. A jednak ktoś na nich wsiada do pociągu. Skąd ci ludzie się wzięli? W najbliższym otoczeniu nie widać żadnych domów, żadnej osady. Jedynie góry i lasy.
Do Użic dojeżdżamy ok. godziny 14:00 i na dzień dobry pojawia się pierwsza bariera. Rowery i sakwy musimy znosić po trzech ciągach dość stromych schodów. Zajmuje nam to prawie pół godziny. W nagrodę konsumujemy otrzymane jeszcze w Grgetek czereśnie z sadu Bogdana. O dziwo nie sfermentowały i dały się zjeść.
Po tej krótkiej uczcie ruszamy na trasę.

No i od razu podjazd, którego łącznie w tym dniu będzie ok. 1500 m w pionie. Mimo, że jest godzina 14:30 i upał jest niemiłosierny jedzie nam się bardzo dobrze. Teren wznosi się póki co leniwie serpentynami, a my powoli, koło za kołem pokonujemy kolejne metry. Trochę trwa zanim wyjedziemy z Użic, gdyż miasto jest dość rozciągnięte. Dzięki temu mamy jeszcze okazję kilka razy się nawodnić, zanim wjedziemy w mniej zurbanizowany teren.
Krajobraz staje się coraz ciekawszy przypominający z początku nasze Beskidy, jednak zdecydowanie mniej zasiedlone przez ludzi niż w Polsce.



Po przejechaniu ok. 16 km i pokonaniu 500 m w pionie dojeżdżamy na nasze pierwsze wzniesienie. O dziwo na górze zastajemy otwarty, bardzo dobrze zaopatrzony sklep spożywczy. Zaganiamy po jakimś większym ciasteczku i schłodzonym radlerze miejscowej produkcji i chwilę odpoczywamy na ławeczce.

Wiemy doskonale, że to jeszcze nie koniec trudów w dniu dzisiejszym. Po popasie ruszamy w dół. Trochę szkoda tej ciężko zdobytej wysokości. Na szczęście nie zjeżdżamy tak nisko jak punkt startu, jednak zjazd trwa stanowczo zbyt krótko, żeby można się było zregenerować.


Dzień powoli się kończy, a my znowu na podjeździe. Na szczęście nie jest zbyt stromo, chociaż otaczające góry są dość wysokie. Mimo, że jedziemy drogą krajową ruch samochodowy jest znikomy. Z drugiej strony może to być zrozumiałe, gdyż droga prowadzi do małego, górskiego przejścia granicznego z Bośnia I Hercegowiną, a większych miasteczek czy wsi w tym miejscu jak na lekarstwo.


Jedną z większych wiosek na trasie do granicy jest Mokra Gora, do której dojeżdżamy po przejechaniu kolejnego grzbietu górskiego, pierwszego tunelu na wyprawie i fantastycznego, kilku kilometrowego zjazdu w dół.
Liczymy, że w Mokrej Gorze coś zjemy, gdyż miała to być miejscowość letniskowa. I faktycznie kilka barów, restauracji, pensjonatów jest, jednak wszystko zamknięte na cztery spusty. Może dlatego, że jest już dość późno, albo dlatego, że jest początek czerwca czyli jeszcze przed sezonem turystycznym.
Pozostaje więc zrobić zakupy na śniadanie w miejscowym sklepie i ruszyć w kierunku granicy.
Do bośniackiej granicy docieramy po około 20 minutach. Życie na posterunku zarówno serbskim jak i bośniackim toczy się leniwie. Co jakiś czas przemknie pojedynczy samochód, raz od wielkiego święta pojawią się rowerzyści. Odprawieni zostajemy ekspresowo wymieniając z pogranicznikami kilka kurtuazyjnych zdań.
Mapka przejazdu:
Pozostaje nam jeszcze dojechać na camping, do którego jest wprawdzie rzut beretem, zaledwie 2 km, ale jesteśmy już trochę podmęczeni i marzy nam się orzeźwiający prysznic i kolacja.
Na camping zajeżdżamy ok. 19:00 i tutaj zaskoczenie. Jest on nieczynny i chyba w tym roku jeszcze nie był. Trawa po kolana, wjazd zagradzają drewniane żerdzie, ani żywej duszy w okolicy.
Po początkowej konsternacji postanawiamy przesunąć zagradzające drogę belki i ładujemy się na camping. Na szczęście jest wiata z ławami, pod którą można posiedzieć, a w kranach płynie ciepła woda. W efekcie zaoszczędzamy 27 Euro za nocleg, które będzie można spożytkować na inne cele.


Szybko rozbijamy namioty, tym bardziej że idzie burza. Część z nas idzie się wykąpać w rzece, część przygotowuje liofilizaty do zalania. Dobrze, że mieliśmy je ze sobą, gdyż pyszną bałkańską kolację musimy w tym momencie przełożyć na inny dzień. Jeszcze małe pranie, piwko i lądujemy w namiotach.
To był udany dzień. Miejmy nadzieję, że kolejne będą również satysfakcjonujące.


