
Lata 80-te. To były czasy, czyli turystyczne łatanie dziur.
Długo zastanawiałem się czy pisać w ogóle taki artykuł. Kogo dzisiaj interesuje to w jaki sposób, będąc nastolatkami, spędzaliśmy czas w latach 80-tych XX w.
Ktoś inny mógłby napisać jak to było w latach 70-tych, jeszcze ktoś inny jak w latach wcześniejszych.

Dla młodszych odbiorców artykuł ten może być porównywalny do wyznań “dinozaura”, jednak myślę, że wiele osób, którym omawiane lata są bliskie powinna się spodobać ta pisanina, tym bardziej, że postaram się to zrobić trochę w humorystyczny sposób, bez zarzucania faktami typu encyklopedycznego.
Czy wtedy było gorzej? Czy wtedy było lepiej?
W zasadzie na tak zadane pytanie, nie podając parametrów, trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Bo niby co to znaczy lepiej czy gorzej, więcej czy mniej.

Jednak na pewno w porównaniu do obecnych czasów, pomijając ograniczenia związane z pandemią, nie było za różowo.
Można powiedzieć, że przez cały okres “komuny” dusiliśmy się we własnym sosie. Trudności były związane zarówno z możliwościami wyjazdów zagranicznych, które ograniczały się do podróży “załatwianych” “po znajomości”, przy pomocy dobrych “wujków” mających wtyki w Partii (PZPR) i jej przybudówkach lub poprzez kombinowanie zaproszeń od rodziny mieszkającej za granicą.

Oczywiście mowa tutaj o wyjazdach do bratnich krajów Demokracji Ludowej (np. Czechosłowacja, NRD, ZSRR itp.).

Wyjazdy dla nas, młodzieży lat 80-tych, do krajów zachodnich były praktycznie niemożliwe.
Innymi problemami związanymi z wyjazdami były także sprawy zaopatrzeniowe.
Po prostu nie było w czym uprawiać turystyki. Każdy kombinował jak umiał zarówno z butami (skórzane ze sklepu myśliwskiego), spodniami (najlepiej wojskowe MORO), odzieżą spodnią (koszule flanelowe z zakładów pracy) czy kurtkami (harcerska Kangurka).

Niestety za noszenie niektórych ubrań groziły również dość ciężkie kary, które odczułem na własnej skórze.
Będąc bowiem w roku 1986 w Beskidzie Żywieckim, a właściwie wracając z niego zostałem zatrzymany przez dwóch funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej w związku z posiadaniem wspomnianych wyżej spodni wojskowych MORO.
Niestety nie udało mi się wyłgać skąd je mam i tłumaczenie, że kupiłem je na bazarze nie przyniosło żadnego skutku, a całość skończyła się karą tzw. Kolegium ds. Wykroczeń w kwocie ówczesnych 3 000,00 zł (moja Mama zarabiała wówczas 5 000,00 zł).
Jednak żeby nie było tak smutno może przejdźmy do tego co było fajne.
W związku z zamknięciem nas w kraju kuriozalnie zwiedzaliśmy nasze atrakcje turystyczne w myśl zasady “jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”. Dzięki temu zjeździliśmy i schodziliśmy kawał naszego kraju, począwszy od wszystkich polskich masywów górskich, przez Mazury i polskie morze.

Działalność w organizacjach turystycznych i w zasadzie brak alternatyw zrzeszania się spowodowała bardzo dużą integrację wśród młodzieży, a brak współczesnych zdobyczy techniki powodował, że chociażby z nudów w weekendy, zamiast siedzieć przed konsolą, czy smartfonem, jechaliśmy w góry.
Jak spędzaliśmy czas na bieżąco?
W zasadzie to jak realizowaliśmy swoje pasje turystyczne było głównie uzależnione od miejsca naszego zamieszkania i atrakcyjności tego miejsca.
Tak się szczęśliwie składa, że ja swoje lata szczenięce spędziłem w Kotlinie Kłodzkiej, a późniejsze, w czasach studenckich w Jeleniej Górze, tak więc w zasadzie miejsca te determinowały górską formę wypoczynku.

Spędzanie czasu na bieżąco skupiało się więc na wyjazdach w góry, zarówno na wycieczki jednodniowe jak i weekendowe marszruty.
Nieco zmieniła się sytuacja pod koniec lat 80-tych, kiedy rozpocząłem studia na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, a konkretnie na jej zamiejscowym Wydziale Turystyki i Hotelarstwa w Jeleniej Górze.
Ta miejscówka pozwalała nam na wyjazdy w tygodniu (przy dobrym ułożeniu grafika zajęć lub po prostu na ucieczkach z nich, szczególnie tych nudnych lub takich, gdzie wykładowca nie sprawdzał obecności).
Funkcjonowanie w społeczności studenckiej pozwalało nam także na poszerzenie horyzontów, a spotkania z ciekawymi ludźmi jak chociażby z nieodżałowanym nestorem Przewodników Sudeckich, Tadeuszem Steciem pozostaną w naszej pamięci na zawsze.
Wtedy to właśnie pojawiły się nasze pierwsze, nieśmiałe plany wyjazdu w Karpaty Ukraińskie, kiedy to udało nam się skserować, a następnie przepisać na żywca przedwojenny przewodnik po Beskidach Wschodnich autorstwa Henryka Gąsiorowskiego.

Myśleliśmy wówczas, iż ta robota trochę nie ma sensu, gdyż pewnie nigdy tam nie pojedziemy. A jednak udało się i już w roku 1999 postawiliśmy nogi na ukraińskiej ziemi, a konkretnie w Czarnohorze i Świdowcu, o czym możecie przeczytać w artykule Gdzie szum Prutu, Czeremoszu Hucułom przygrywa …, ale to już inna historia.
Wakacje.
Wakacje były dla nas celem samym w sobie. Cały rok planowaliśmy wyjazdy i ciułaliśmy kasę, aby móc gdzieś się ruszyć.

Nie licząc praktycznie kompleksowej eksploracji Sudetów w okresie wakacyjnym, zawsze pojawiał się pomysł dalszego wyjazdu, a to w góry, jak np. w Beskid Żywiecki czy nad wodę, zarówno na Mazury jak i nad nasze morze.
W ogóle moja pierwsza styczność z turystyką górską była związana z wakacjami. Do czasu ukończenie I-szej klasy Technikum Rolniczego w Bożkowie, w roku 1984, praktycznie turystyką się nie zajmowałem, a czas wakacji spędzałem na rybach, samemu albo z Ojcem.
Po skończeniu właśnie I-szej klasy technikum pojawiła się informacja, iż w naszej szkole organizowany jest obóz wędrowny na trasie Beskid Żywiecki – Pieniny.
Skrzyknęliśmy się więc w kilka osób, wypełniliśmy karty obozowe i czekaliśmy na wyjazd. Okazało się jednak, iż obozu chyba nie będzie, gdyż jest nas za mało.
Jednak nasza opiekunka Pani Profesor Weronika Caryk, nota bene fantastyczna kobieta, zdecydowała się zabrać naszą kilkuosobową garstkę na wpół nielegalny obóz, który ostatecznie miał charakter stacjonarny, z bazą w schronisku młodzieżowym w Żywcu.
I tak to się w moim przypadku zaczęło. Połknąłem bakcyla, który trzyma mnie do dzisiaj.
W zasadzie to w tym miejscu powinienem podziękować mojemu kumplowi z klasy, Mirkowi Hochołowi, bo to on mnie na ten wyjazd namówił.
Z Mirkiem i tym wyjazdem związany jest też pewien epizod. Wspominałem już o naszym sprzęcie turystycznym, a konkretnie butach.
Na omawiany obóz wędrowny Mirek wybrał się w zamszowych trzewikach, chyba z Otmętu, które w trakcie deszczowego zejścia z Baraniej Góry nie wytrzymały obciążeń. Konkretnie w butach odpadł obcas, a w zasadzie prawie cała podeszwa.
Cóż było robić? Trzeba było buty jakoś naprawić. Z pomocą przyszedł kowal z Milówki, który podjął się tego zadania, chociaż początkowo wzbraniał się z naprawą twierdząc, że on nie jest “szewiec” (pisownia oryginalna). Jednak buty udało się jakoś uratować i dotrwały do końca wyjazdu.
Takich wyjazdów było jeszcze wiele, włącznie z organizowanymi przez nas poważniejszymi “wyprawami” wspieranymi przez Akademicki Klub Turystyczny w Jeleniej Górze, którego prezesem byłem przez kilka lat. Dzięki działalności w AKT i znajomości z moim najważniejszym partnerem górskim, współspaczem ze wspólnego pokoju w akademiku oraz fantastycznym przyjacielem Jackiem Gawronem zaczęliśmy pod koniec lat 80-tych wakacyjną eksplorację Karpat Wschodnich zarówno polskich jak i ukraińskich, o górach Słowacji nie wspominając.


Przez ponad 30 lat wspólnych wyjazdów schodziliśmy z Jackiem szmat najdzikszych gór w całej Europie o czym możecie przeczytać na blogu.
Co jedliśmy?
Żywność liofilizowana, suszona wołowina, batony energetyczne, izotoniki? A cóż to takiego i po co to komu?
Z pewnością takie pytanie zadał by przeciętny polski turysta lat minionych.
Rzeczy, bez których obecnie praktycznie nie ruszamy się na mniejsze, czy większe wyjazdy terenowe, piesze, czy rowerowe były wówczas nieznane.
Szczytem marzeń była możliwość zabrania na wyjazd konserw mięsnych, innych niż Pasztet Mazowiecki (pamiętajmy, że mięso było na kartki, w tym mięso w konserwach).

Dlatego też przed jakimikolwiek wyjazdami penetrowało się sklepy rybne w poszukiwaniu fantastycznych specjałów typu Paprykarz Szczeciński lub śledź, sardynka, szprot w oleju lub w pomidorach.
Czasami z konserw tylko takimi dysponowaliśmy.
Od mojego pamiętnego wyjazdu w Beskid Żywiecki w roku 1986, kiedy z puszek miałem tylko śledzia w pomidorach oraz płoć w pomidorach nie jadam konserw rybnych z pomidorami.
Dietę uzupełniały jeszcze serki topione i inny nabiał, jak chociażby jajka oraz zupki w proszku.
Z jajkami związana jest pewna historia, która miała miejsce w roku 1989, kiedy to penetrowaliśmy Bieszczady. Po bardzo ciężkim dniu zawitaliśmy na nocleg do bazy harcerskiej w Wołosatem. Byliśmy tak potwornie zajechani, że nawet nie chciało nam się rozbijać namiotu, myć, czy też robić jedzenia.
Jednak w momencie, kiedy okazało się, że Jacek ma 10 jaj przywiezionych z domu w litrowym słoiku wszystko się zmieniło. Jaja skończyły na patelni w formie jajecznicy, a nam poprawiły się humory, szczególnie Jackowi, który oprócz zjedzenia pysznego obiadu pozbył się ważącego prawie kilogram słoika z jajami.
Niestety dostęp do lepszego jedzenia turystycznego był ograniczony. Szczęśliwcami byli ci, którzy mieli dostęp do “źródła”. Takim szczęśliwcem byłem od pewnego momentu również ja.
Tak się szczęśliwie złożyło, że moja Mama pracowała w tamtym okresie w kasynie wojskowym. Dzięki temu udało nam się kilka razy zabrać na wyjazd wojskowe, 300-gramowe, konserwy mięsne, czyli mielonkę, boczek i szynkę. Puszki nie miały żadnych naklejek, a o wkładzie świadczyły wybite na nich numery, po których rozpoznawaliśmy zawartość.
Pierwszą innowacją menu, jaką wprowadziliśmy na wyjazdach w tamtym okresie były zupki chińskie.
Był to towar zarówno deficytowy, jak i nie rozpoznany. Nie wiedzieliśmy gdzie je kupić i jaka jest ich wartość energetyczna.
Po pierwsze wynalazki tego typu jeździliśmy z Jackiem specjalnie do sklepu GS-owskiego do Borowic, gdyż w Jeleniej Górze nie można ich było dostać.
Zupki były podstawą naszego wyżywienia podczas wyjazdu w Góry Świętokrzyskie i na tyle się sprawdziły, że do dzisiaj, sporadycznie ich używamy w formie nieco zmodyfikowanej, czyli z dodatkiem kostki sojowej i małej konserwy mięsnej. Ten zestaw jest dość syty, jednak niektórzy mają po nim podobno perturbacje żołądkowe.
Jeśli chodzi o żywienie w barach i restauracjach to praktycznie w naszym przypadku ono nie występowało. Czasami zajadaliśmy potrawy typu pierogi, naleśniki czy łazanki, gdyż na dania mięsne nie było nas stać, a i infrastruktura gastronomiczna polskich gór w tamtym okresie nie była zbyt obfita.
Gdzie spaliśmy?
Pewnie nie będzie odkryciem, kiedy powiem, że noclegi były w dużej mierze uzależnione od kasy jaką dysponowaliśmy, a w zasadzie od jej braku.
Stąd najbardziej popularną formą noclegu był własny namiot, ze szczególnym nastawieniem na rozbicie “na dziko”.
W rachubę w okresach chłodniejszych oraz przy wyjazdach weekendowych wchodziły jeszcze noclegi w schroniskach PTTK, w których jako Przodownicy GOT mieliśmy z Jackiem 50-procentową zniżkę oraz schroniska PTSM.


Co do namiotów. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.
Namiot sam w sobie był również towarem deficytowym. Praktycznie za wyjątkiem ciężkich konstrukcji typu LEGIONOWO, małych namiotów nazwijmy to wyprawowych nie można było normalnie dostać.

Przełomem okazał się import potencjalnie lekkich konstrukcji typu “chińska dwójka” z tropikiem. Należało jedynie wymienić stalowe rurki stelaża na aluminiowe, zaopatrzyć się w worek typu folia malarska do rozłożenia pomiędzy sypialnią namiotu, a tropikiem i sprzęt był gotowy do użytku.

Jako, że znajomości mojej Mamy znowu okazały się nieocenione, takowy namiot, którego cena detaliczna została powiększona o flaszkę “czystej”, trafił w moje ręce prosto z magazynu WPHW (Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Handlu Wewnętrznego) w Kłodzku.
Samo spanie w namiocie nie było zbyt proste. Aby do niego wejść w dwie osoby należało w pierwszej kolejności rozpakować dokumentnie plecak ze stelażem, który lądował pod nogami lub w nogach pod karimatą, kiedy już posiadaliśmy karimaty. Pozostała zawartość plecaków była upychana po bokach lub w przestrzeni za głową. Kiedy maneli było dość sporo musieliśmy się w nocy obracać na komendę na ten sam bok.
Namiot ten służył nam przez wiele lat, do czasu kiedy kilka psów urządziło sobie z nim zabawę i dość mocno go podarło, czym zakończył swój chlubny żywot.
Co do noclegów na dziko to mieliśmy z tym również pewną przygodę w Bieszczadach, w roku 1989.
Zeszliśmy z Jackiem z Magury Stuposiańskiej na nocleg do Pszczelin, w których miała się znajdować studencka baza namiotowa. Znaleźliśmy miejsce bazy, nawet strzałki na asfalcie prowadzące do niej, jednak samej bazy nie było, została zlikwidowana. Jako, że nie mieliśmy już czasu i ochoty na szukanie innego miejsca postanowiliśmy rozbić się w miejscu byłej bazy.

Na drugi dzień rano kiedy już pomału zwijaliśmy obozowisko zajechał do nas z jednej strony “gazik”, a z drugiej drogę, jak partyzant odciął nam leśniczy. Okazało się, że nocowaliśmy w tym miejscu na nielegalu i musieliśmy zapłacić 500 zł mandatu. Nie broniliśmy się zbyt mocno, gdyż i tak nic byśmy nie wskórali, gdyż panowie leśnicy byli bardzo stanowczy. Ponadto jak się okazało był to nasz najtańszy nocleg w Bieszczadach na tym wyjeździe, gdyż nawet noclegi na bazach harcerskich wychodziły drożej. Więcej na temat tego wyjazdu znajdziecie w artykule Bieszczad jakiego pamiętam.
Nawiązując jeszcze do namiotowych noclegów w Bieszczadach, to w omawianym okresie infrastruktura temu towarzysząca była dość bogata, gdyż funkcjonowały Bazy Harcerskie, jak chociażby w Polanie, Dwerniku i Ustrzykach Górnych, bazy studenckie jak te w Rabem i Polańczyku oraz bezpłatne, leśne pola biwakowe w Dołżycy, Jabłonkach, o campingu w Ustrzykach Górnych nie wspominając.

Namioty można było też rozbijać przy schroniskach PTSM, których było kilka na tym terenie, jak chociażby w Wetlinie.
Tego typu miejsca, w których można było rozbijać namioty funkcjonowały praktycznie w całych polskich Karpatach. W Sudetach niestety było ich znacznie mniej.

Czym jeździliśmy?
Jako, że żaden z nas nie dysponował własnym samochodem oczywiście skazani byliśmy na transport publiczny, czasami na autostop.
O ile przy wyjazdach w najbliższą okolicę, z małym plecakiem, nie było jakiś większych problemów z wejściem do autobusu, czy pociągu, o tyle cała rozgrywka zaczynała się przy poważnym wyjeździe, z 40-kilogramowym plecakiem, w którym było wszystko.
Jadąc na kilkutygodniowy wyjazd wakacyjny trzeba było jakoś wsiąść do pociągu. Możliwości pomocy szczęściu było kilka.
Jeżeli jechaliśmy z miejsca naszego zamieszkania, a była to stacja początkowa pomocni okazywali się nasi koledzy uczący się w Technikum Kolejowym, którzy z racji funkcjonowania na praktykach znali miejscowych kolejarzy i umożliwiali nam wejście do pociągu już na bocznicy. Wprawdzie było zagrożenie, że wejdziemy do niewłaściwego pociągu, jednak nigdy nam się to nie zdarzyło.
W sytuacji, kiedy pociąg był podstawiany, gdzieś w większym mieście, np. we Wrocławiu trzeba było stoczyć bój o w miarę logiczne miejsce.
Zostawialiśmy wówczas jedną osobę z bagażami, natomiast pozostali szturmowali pociąg w różnych miejscach zajmując w pierwszej kolejności, jeśli przedziały były już zajęte, umywalki, miejsca na korytarzu przy toalecie lub same toalety i tak jechało się w Polskę.
Podróżowanie autobusami PKS z dużymi plecakami, już po dojechaniu w pobliże punktu docelowego było różne. Kierowca autobusu bardzo często zachowywał się jak udzielny książę i tylko od jego widzimisię zależało, czy zabrał turystów z plecakami, czy pozwolił je schować do luku bagażowego, czy skasował nas za bagaż czy też nie.
Jednakże mimo tych niedogodności zjeżdżaliśmy pociągami i autobusami tę naszą Polskę i jakoś przeżyliśmy, co dzisiejszej młodzieży może wydać się trudne do wyobrażenia.
Co do samego podróżowania to pojawia się tutaj jeszcze jeden wątek.
W dużej mierze, kiedy zaczęliśmy sami wyjeżdżać na wakacje mieliśmy po 15 -16 lat. Aby nie było problemów z Milicją Obywatelską rodzice wypisywali nam zgody na samodzielne podróżowanie, żebyśmy nie byli posądzeni o włóczęgostwo. Nie wiem jak w praktyce takie zgody rodziców działały, gdyż nigdy nie wymagano ich od nas. Podejrzewam, że gdyby przyszło co do czego i panowie milicjanci mieliby ochotę pokazać nam kto tu rządzi moglibyśmy użyć naszych zgód tylko do jednego celu, który pozostawiam Waszej wyobraźni.
Gdzie się działało: PTTK, LZS, ZMW, ZSMP, ZSP, ZHP.
Pewnie większości skrótów niektórzy czytający ten artykuł nie będą mogli rozwinąć, coś na styl quizów, które pojawiają się w Internecie. Postaram się jakoś temu zaradzić.
PTTK, czyli Polskie Towarzystwo Turystyczno Krajoznawcze było pierwszoplanową organizacją, z którą młody człowiek miał styczność w swojej początkowej działalności turystycznej, czy to przez pryzmat kontaktów przy weryfikacji książeczek turystyki kwalifikowanej jak np. GOT, czy poprzez funkcjonowanie tej organizacji w szkołach, uczelniach w formie kół.
Działalność w PTTK w tamtym okresie była dość atrakcyjna, gdyż umożliwiała ona w formie zorganizowanej, za stosunkowo małe pieniądze trochę pojeździć po kraju, z nastawieniem na najbliższą okolicę. Ponadto członkostwo w towarzystwie uprawniało do 25 % zniżki za nocleg w schroniskach tej organizacji, a już uprawnienia Organizatora Turystyki PTTK, czy Przodownika GOT podwyższały tę zniżkę do 50%.
Warto więc było się zaangażować, tym bardziej, że jakiś innych bardziej atrakcyjnych alternatyw nie było zbyt wiele.
LZS – Ludowe zespoły Sportowe.
Mało osób wie, że ta organizacja w czasach komuny miała bardzo mocno rozwinięty trzon turystyczny. Ja pewnie też bym tego nie wiedział, gdyby nie fakt, iż uczęszczałem do technikum rolniczego, w którym ta organizacja działała, a jej turystyczny filar był ściśle powiązany poprzez osobę prowadzącą z kółkiem turystycznym funkcjonującym w szkole.

W odróżnieniu od miejscowego PTTK struktury wojewódzkie LZS umożliwiały nam dość często wyjazdy na imprezy w skali krajowej. Przeważnie były one organizowane w ścisłej współpracy z ZSL-em (Zjednoczone Stronnictwo Ludowe), czyli partyjną nadbudową LZS-u i odbywały się w celu uczczenia jakiejś rocznicy, czy to powstania ruchu ludowego na ziemiach polskich, kolejnej rocznicy wybuchu II Wojny Światowej, w celu uczczenia ofiar martyrologii tej wojny itp. Ważne, że były bezpłatne i można było się urwać ze szkoły. Miejsce i czas wyjazdu nie miały większego znaczenia.

Dzięki funkcjonowaniu w ramach LZS-u udało mi się również wyjechać za granicę, chociaż droga do tego nie była taka prosta.
Aby tego dokonać trzeba było zająć jedno z 6-ciu premiowanych miejsc na Ogólnopolskiej Olimpiadzie Turystycznej.

Chwyciliśmy więc tego byka za rogi, a konkretnie ja i psim swędem zająłem to 6-te miejsce, a mogło być nawet lepiej.
Nagroda za tę lokatę okazała się dość atrakcyjna, a mianowicie była to 4-dniowa wycieczka do Erfurtu w NRD, z której skrzętnie skorzystałem.
ZMW, ZSMP i SZSP.
No i tu zaczyna się grubo. Wprawdzie nigdy nie byłem członkiem tych organizacji jednak przy ich pomocy udało mi się kilka razy wyrwać z kraju czy to na wyjazd turystyczny czy też na OHP.
Pierwszym z tych dobrodziei był ZMW, czyli Związek Młodzieży Wiejskiej. Była to młodzieżówka ZSL-u, o którym już wspominaliśmy. Jej członkowie bardzo starali się odizolować od komunistycznych skojarzeń, jednak słabo to wychodziło, gdyż czerpali z systemu garściami.
Z tych garści udało i nam się nieco uszczknąć, kiedy się okazało, że również działający we wsi, w której było moje technikum, ZMW organizuje wyjazd narciarski na Słowację. Oczywiście nie pozostawało nic innego jak złożyć akces wyjazdu. Niestety warunkiem wyjazdu było członkostwo w organizacji, a my nie byliśmy jej członkami. Po krótkich negocjacjach i telefonach do wyższych władz okazało się, że możemy jechać, jeżeli wypełnimy deklaracje członkowskie. Jak się domyślacie długo się nie zastanawialiśmy i takowe deklaracje wypełniliśmy. Droga na Słowację stała otworem, chociaż legitymacji członkowskich do dnia dzisiejszego nie odebraliśmy.
Nieważne, że na ten wyjazd narciarski jako jedyni (ja i mój kolega Robert) pojechaliśmy bez nart. Liczył się wyjazd sam w sobie.
O wiele większe możliwości posiadał w tamtych czasach ZSMP (Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej) i SZSP (Socjalistyczny Związek Studentów Polskich), gdyż były to w prostej linii młodzieżówki PZPR, a co z tym związane dysponowały niewyobrażalnymi środkami finansowymi. Współpracowały one na szeroką skalę ze swoimi odpowiednikami w innych demoludach, przez co możliwości tych organizacji były o wiele większe.
Kawałkiem tortu, którym mnie obdzielono był wyjazd na pamiętny OHP (Ochotniczy Hufiec Pracy) w NRD organizowany przez studenckie koło ZSMP na mojej uczelni, który zaliczyłem w ramach tzw. praktyki robotniczej przed rozpoczęciem studiów. Nie broniłem się oczywiście przed tym przydziałem, gdyż kilka takich OHP-ów miałem już za sobą i wiedziałem z czym to się je.
Wspomniane organizacje prowadziły również masę imprez turystycznych przez swoje biura podróży, jak chociażby Almatur, jednak nie udało mi się na żadną z nich pojechać w charakterze uczestnika. Za to miałem przyjemność, we współpracy z wrocławskim Almaturem, prowadzić kilka obozów wędrownych.
Ostatnią z organizacji, którą chciałem omówić jest ZHP, czyli Związek Harcerstwa Polskiego. Nigdy nie byłem harcerzem, więc oddam głos rasowemu skautowi, czyli Krzysiowi Kaszubie, któremu za ten wkład bardzo dziękuję.
W latach 80 ubiegłego stulecia alternatywą dla ówczesnej młodzieży na poznawanie piękna naszego kraju było zwiedzanie go razem z harcerzami. Związek Harcerstwa Polskiego oferował dla wszystkich grup wiekowych możliwość całorocznej aktywności w terenie: biwaki, rajdy, zimowiska, obozy stacjonarne i wędrowne, a także różnego rodzaju akcje i alerty, np. „Operacja Bieszczady-40”, „Operacja Harcerskie Sudety” czy „Polowe Zbiórki Harcerzy Starszych” (PZHS).

Te ostatnie miały charakter kilkudniowych zlotów młodzieży starszoharcerskiej, organizowanych od 1982 roku w różnych częściach naszego kraju. Elementami zbiórek były:
dyskusyjne kuźnice, poradnie dla zdobywających kolejne stopnie starszoharcerskie, zawody na orientację, giełdy pomysłów, gry i ćwiczenia terenowe, konkursy oraz otwarte ogniska.
Osobiście uczestniczyłem w czterech takich zlotach:
III PZHS – 1984, Olchowiec w Bieszczadach, ok. 4 tys. uczestników;
IV PZHS – 1985, Pola Grunwaldzkie, ok. 3,5 tys. uczestników;
V PZHS – 1986, Gdynia, ok. 7,5 tys. uczestników;
VI PZHS – 1987, Frombork, ok. 9 tys. uczestników.
Organizację tych zlotów, przynajmniej do 1988 roku patronatem obejmowało Ministerstwo Obrony Narodowej, które to zapewniało niezbędne zabezpieczenie kwatermistrzowskie, tj. węzły sanitarne oraz polowe punkty żywienia. Smak wojskowej grochówki gotowanej w kuchni polowej urzekł mnie do tego stopnia, że po ukończeniu szkoły średniej podjąłem studia w Wyższej Szkole Oficerskiej Służb Kwatermistrzowskich.
Turystyka/praca/handel – OHP-y czyli okazja do wyjazdu za granicę.
Oj jeździło się na OHP-y, jeździło. W sumie zaliczyłem ich cztery, wszystkie w NRD. Ta forma pracy i wypoczynku była w latach komuny dość popularna wśród młodzieży, szczególnie uczącej się w szkołach o profilu zawodowym.
Pamiętam jak z zazdrością patrzyli na mnie koledzy chodzący do Liceum Ogólnokształcącego kiedy wyjeżdżałem na taki obóz przetrwania w ramach różnego rodzaju praktyk wakacyjnych, mimo, że w głównej mierze trzeba tam było się trochę na tyrać, a i część wakacji była zajęta.

Mimo tych niedogodności udało mi się zwiedzić dość duży kawałek Niemiec Wschodnich, od Drezna do Rostocku z miejscowościami “po drodze”, jak Brandenburg, Poczdam, Berlin czy Stralsund. Zwiedzania nie było zbyt wiele, chyba że pogoda uniemożliwiała pracę w polu, jednak to i owo się widziało. Kwestią drugorzędną było zarobienie całkiem ładnych pieniędzy za pracę fizyczną na polu lub w fabryce lub ze sprzedaży różnych dóbr które brało się do Niemiec (lizaki typu Kojak, ubrania dżinsowe) lub kupowało w Niemczech i przywoziło do Polski (pieprz, żelatyna, mak, powiększalniki fotograficzne).
Dzięki tym zarobionym pieniądzom można było jeszcze gdzieś wyjechać na kilka tygodni.
Gadżety PRL-u
Wyjeżdżając w różne rejony Polski, na różnego rodzaju wyjazdy bezwzględnie trzeba było na czymś gotować, w coś zapakować manele, a za granicą mieć gotówkę.
Z tymi sprawami związane są różnego rodzaju “pomocniki”, które ułatwiały nam życie na wyjazdach.
Jeżeli chodzi o kwestie gotowania to przy wyjazdach stacjonarnych najwygodniejszą była oczywiście butla z gazem i z palnikiem, charakterystyczna, koloru czerwonego, obecnie występująca w odmianie niebieskiej.
Zaletą tego systemu była wysoka wydajność, długotrwałość użytkowania i szybkość gotowania, jednak przy wyjazdach pociągiem waga tego sprzętu robiła krecią robotę.
Niestety sprzęt ten był niemożliwy do zastosowania w kilkutygodniowych wyprawach górskich, mających charakter wędrowny.
Na tego typu wyjazdach bezwzględnie najlepiej sprawdzały się kuchenki benzynowe radzieckiej produkcji, z kuchenką Шмель (Trzmiel) – 4 na czele.

Zasada działania tej kuchenki była podobna do kuchenek benzynowych firmy Primus, które obecnie są w sprzedaży, więc nie będę się zagłębiał w szczegóły jej działania.
Niechybnie zaletą kuchenki była jej waga i szybkość gotowania. Problemem było paliwo, które w postaci czystej, ekstrakcyjnej benzyny szybko się kończyło i napełnienie kuchenki klasyczną benzyną ze stacji benzynowej powodowało straszne jej kopcenie, przez co potwornie brudziły się garnki, a także zatykała się dysza urządzenia. Kuchenkę należało wówczas zdemontować i wyczyścić dyszę.
Służyła mi przez wiele lat. Dzisiaj został tylko aluminiowy garnek z pokrywą, niezastąpiony przy wszelkich wyjazdach.
Zdecydowanie nie sprawdzały się kuchenki na paliwko turystyczne (takie małe dropsy) lub na spirytus z racji bardzo słabej wydajności.
Rodzaje sprzętu bagażowego jakimi wówczas dysponowaliśmy niestety nie rozpieszczały nas. Pierwszy mój wyjazd na wspominany w tym artykule obóz wędrowny w Beskid Żywiecki, oraz kilka kolejnych zaliczyłem z klasycznym, zielonym, harcerskim plecakiem bez jakiegokolwiek stelaża.

Mimo tych niedogodności jakoś dawałem radę. Dopiero pod koniec omawianego okresu udało mi się, w czasie pobytu u rodziny w Czechosłowacji kupić plecak z aluminiowym stelażem, który był wówczas marzeniem każdego turysty. Takie plecaki, mi i moim kolegom służyły przez wiele lat i dopiero pojawienie się w latach 90-tych plecaków ze stelażem wewnętrznym wyparło je częściowo z użytkowania.


Celowo w tym akapicie nie poruszam kwestii ubraniowych i noclegowych, gdyż ten temat dość obszernie opisałem już wcześniej.
Ostatnią rzeczą, o której chciałem wspomnieć jest ewenement na skalę światową, jaki wówczas funkcjonował w Polsce, a mianowicie książeczka walutowa.
Ktoś zapyta, a cóż to za cholerstwo?
Dla ludzi żyjących w tamtym okresie była to normalna rzecz użytkowa. Jak sama nazwa wskazuje była to książeczka, w której pani z banku w Polsce wpisywała jaką wartość zagranicznej waluty przekazano ci na wyjazd do bratniego kraju, czyli np. Czechosłowacji lub NRD.
Cześć tej wskazanej kwoty otrzymywało się w gotówce, natomiast pozostałą część stanowiły bony, które należało wymienić na walutę obcą już na miejscu, w czeskim, czy niemieckim banku typu NBP.
Operacja ta była dość kłopotliwa. Trzeba było swoje odstać w kolejce, a całość zajmowała pół dnia.
To tyle tych wynurzeń na temat czasów minionych. Jeżeli Wam się podobało dajcie znać w komentarzach. Jeżeli macie jakieś swoje spostrzeżenia lub własne wspomnienia z tamtego okresu również piszcie. Może z tego wyniknąć całkiem ciekawa dyskusja.
Oczywiście czekam również na konstruktywną krytykę. Opisywane sytuacje miały miejsce niejednokrotnie ponad 30 lat temu, więc mogło mi się coś pomylić.



4 komentarze
Krzysztof
Gratuluję lekkiego pióra. Super się to czyta.
admin
Dzięki. Ten tekst to także Twoja zasługa.
Bea
proszę o kontakt mailowy przeczytałam super artykuł tez pracowałam w NRD w 1985 i 1986 i mam pytanie
Bea
proszę o kontakt mailowy przeczytałam super artykuł tez pracowałam w NRD w 1985 i 1986 i mam pytanie