OKOŁOTREKKINGOWO,  REGIONY,  RUMUNIA,  SPORT I PODRÓŻE,  TOP,  TRENINGI I WYPRAWY GÓRSKIE,  Z PAMIĘTNIKA KIEROWNIKA- WSPOMINKI NIEROWEROWE

Marmarosze wymarzone

Można powiedzieć, że wyprawa w Marmarosze w roku 2011 nie była dziełem przypadku. Nie licząc studenckich marzeń pierwszy realny pomysł wyjazdu w ten przepiękny masyw górski pojawił się pewnego lipcowego wieczoru roku 1999, kiedy to rozbici namiotem na głównym grzbiecie Czarnohory spoglądaliśmy z Jackiem na nie tak odległe kolejne szczyty znajdujące się już po rumuńskiej stronie granicy. Nawet nie mogliśmy ich rozpoznać. Nazwy Pietros Budyjewski, Furatyk czy Farkaul nic nam nie mówiły, a przekroczenie granicy rumuńskiej zbywaliśmy wzruszeniem ramion.

Jednak po kolejnych kilku latach udało się. Najpierw w dość mocnym zespole wyruszyliśmy na podbój Alp Rodniańskich, a następnie, bogaci we wcześniejsze rumuńskie doświadczenia postanowiliśmy rozprawić się z Karpatami Marmaroskimi. I w dużej mierze się udało. Jednak do szczęścia zabrakło kilku dni, szczególnie w kontekście wejścia na Popa Iwana Marmaroskiego, ale jak to mówią co się odwlecze to się nie uciecze. Jeszcze go kiedyś zdobędziemy.

Ktoś może zapytać, a gdzie są te Karpaty Marmaroskie. Nazwa ni to polska, ni to brzmiąca jakoś tajemniczo. Może nie wszyscy o tym wiedzą, ale kiedyś, jeszcze do wybuchu II Wojny Światowej Polacy jeździli w te rejony do siebie, gdyż głównym grzbietem Marmaroszy biegła granica polsko – rumuńska, której pozostałości, w postaci dawnych słupków granicznych zachowały się do dzisiaj. Nam również udało się znaleźć taki jeden, a nie ma ich za dużo.

Nie będę pisał o kwestiach praktycznych, jak dojechać, gdzie spać, co jeść itd., gdyż dość dużo na ten temat napisałem w artykule “Bum Drun”. Północna Rumunia wita.

Może wspomnę jedynie o rzeczy dość istotnej, ale nieoczywistej dla wszystkich. Wędrując grzbietem granicznym Marmaroszy, tj. wzdłuż granicy rumuńsko – ukraińskiej, mimo iż jesteśmy obywatelami Unii Europejskiej, musimy posiadać stosowne zezwolenie. 

A gdzie je zdobyć?

Rzecz jest dość prosta. Wystarczy podjechać do którejś ze strażnic rumuńskiej straży granicznej/policji zlokalizowanych na interesującym nas terenie. My nasze przepustki załatwiliśmy w kilkanaście minut na posterunku w Vișeu de Sus. Część pograniczników to rdzenni Rusini, więc łatwo można dogadać się po rosyjsku.

Wróćmy jednak do naszej wyprawy.

Tak jak przy poprzedniej wizycie w Rumunii za naszą bazę obraliśmy Borsę i camping/pensjonat naszego przyjaciela Nicolae, o którym już pisaliśmy na naszym blogu.

Jednak samo zwiedzanie gór przeprowadziliśmy trochę inaczej niż poprzednio.

Postanowiliśmy bowiem na początek odbyć kilka wycieczek na lekko (Pietrosul Rodniański, Toroiaga), a dopiero w drugiej części pobytu machnąć kilkudniowe przejście granią Marmaroszy (Luhei – Pietros Budyjewski – Wielka Budyjewska – Furatyk – Luhei) z całym oporządzeniem.

Pierwszym naszym łupem padł Pietrosul Rodniański (2 303 m). O wejściu na niego pisaliśmy już w artykule Wędrówka grzbietem Alp Rodniańskich więc nie będę się tu wiele rozpisywał. Wspomnę jedynie, że zdobycie go na lekko, a wejście z całym dobytkiem robi wielką różnicę.

Toroiaga

Przyszedł więc czas na Marmarosze. Planując kolejną wycieczkę mieliśmy dylemat czy iść na wspomnianą Toroiagę (1 927 m), czy też kompletnie na luzie, nawet bez większych podejść przejść się z Przełęczy Prislup (1 416 m) w kierunku szczytów Hajmaru (1 685 m) i Cornul Nedeli (1 778 m).

Doszliśmy jednak do wniosku, iż ten drugi wariant może być zbyt lekki, a jednak zdobycie Toroiagi to jest już coś. Widzieliśmy ją kilkukrotnie, szczególnie z Pietrosula Rodniańskiego, i głupio byłoby odpuszczać to wejścia, tym bardziej, że rozłożystość masywu Toroiagi jak i wysokość zachęcały do zdobycia tego pięknego szczytu.

Jako, że upał doskwierał nam od samego początku wyjazdu wyjście w góry zaplanowaliśmy na godz. 6:00. Szybkie śniadanie, pakowanko drobiazgów i już siedzimy w samochodzie.

Wejście na Toroiagę nie jest bezpośrenio z Borsy, a jej przysiółka Baile Borsa. Można tam oczywiście dojść, jednak dreptanie asfaltem tam i z powrotem ok. 7 km nie jest zbyt przyjemne, dlatego też podjechaliśmy do szlaku samochodem .

Możliwości wejścia na Toroiagę jest kilka. Można zrobić pętlę idąc wzdłuż potoku Sec na przełączkę Lucaciasa i dalej na szczyt lub też wejść na górę bezpośrednio ze wsi halami i wrócić tą samą drogą.

My zdecydowaliśmy się na ten pierwszy wariant.

Początkowo szlak biegł wzdłuż potoku. Tak naprawdę nic się nie działo. Krajobraz w tym miejscu nie jest zbyt ciekawy. W głębokiej dolinie co rusz napotykaliśmy pozostałości dawnej kopalni z dość mocno zeszpeconym otoczeniem. Dopiero opuszczając dolinę potoku zaczęło się robić ciekawiej, chociażby z powodu wychodzenia powoli z lasu. Zaczęły pojawiać się pierwsze widoczki, głównie w kierunku Piotrosula Rodniańskiego i całego masywu Alp Rodniańskich.

Stoki Toroiagi (1930m).

Po opuszczeniu doliny i kilkunastominutowym podejściu po zboczu wyszliśmy na dość szeroką drogę leśną, która prowadziła nas do samej przełęczy.

Od tego miejsca poczuliśmy się już naprawdę jak w dziewiczych górach. Zniknęły resztki drogi, mniejsze lub większe pozostałości kopalni, a zaczęły się połacie kosodrzewiny i wysokogórskie hale.

Dziwne budowle (było ich około pięciu) na drodze w okolicy kopalni Baia Borsa.
Pietrusul z czerwonego szlaku na przełęcz Lucaciasa (1650m).

Po krótkim odpoczynku na przełęczy ruszyliśmy wąską, wijącą się ścieżką, niknąca między karłowatymi krzewami jałowca i kosodrzewiną.

Niestety po kilkunastu minutach ścieżka zniknęła zupełnie. Trochę przedzierając się przez jałowce, czasami na czworaka, jakoś wgramoliliśmy się na wschodni, niższy wierzchołek Toroiagi. Myśleliśmy, że to już główny wierzchołek, ale okazało się, że niestety jest on jeszcze przed nami.

Po wejściu na górę oniemieliśmy. Roztaczające się wokół widoki powalały. Przed i za nami, jak na dłoni widoczne było całe pasmo graniczne Marmaroszy, od Hnitessy (1 766 m) po Popa Iwana Marmaroskiego (1 938 m). Za nimi wyłaniały się szczyty Czarnohory z Popem Iwanem Czarnohorskim (2 028 m) na czele. 

Jeden z wierzchołków Toroiagi (niestety nie najwyższy) – wielki zawód po wejściu na górę.
Przełęcz Lucaciasa za nami.

Po drugiej stronie Alpy Rodniańskie z ciągnącymi się w nieskończoność szczytami.

A sama Toroiaga? Przepiękna. Połączenie Beskidów z Bieszczadami. Niekończące się morze traw. Gdzieniegdzie pojedynczy szałas pasterski, dalekie stado beczących owiec, kołujące nad nami kruki, jastrzębie itp.

Czarnohora. Będzie nam jeszcze towarzyszyć.

Po przejściu na główny szczyt Toroiagi przyszedł czas na relaks. Ciężkie buty zrzucone, nogi wolne nawet od skarpet, resztki porannej rosy przyjemnie chłodzą stopy, a my powoli odpływamy.

Właściwy wierzchołek Toroiagi – 1930m.
Baia Borsa i Pietrosul Rodniański.
Na grzbiecie Toroiagi. Wrażenia jak w naszych Bieszczadach.

Ani się obejrzeliśmy jak tak siedząc minęła ponad godzina. Słońce było już bardzo wysoko, a przed nami pojawiała się perspektywa zejścia w dół. Cóż począć. Trzeba było założyć ciężkie buty i ruszyć powoli w dół.

Wprawdzie na trasie zejściowej nie było żadnego szlaku turystycznego, ale droga była dość łatwa orientacyjnie.

Początkowo wąską, wijącą się między jałowcami ścieżką, a potem szerszą dróżką schodziliśmy powoli w dół. Upał doskwierał niemiłosiernie, jednak perspektywa zimnego piwka na dole dodawała nam sił. 

Powoli zaczęły się pojawiać pierwsze pojedyncze drzewa, coraz więcej szałasów, aż w końcu stanęliśmy we wsi. Mocno zmęczeni, ale zadowoleni z cudownej wycieczki.

Schodzimy do Baia Borsa.
Baia Borsa.

Jeszcze tylko trzeba wsiąść do nagrzanego jak piekarnik samochodu i zjechać do Borsy na zasłużony wypoczynek.

Od Pietrosa Budyjewskiego po Furatyka, czyli granią Marmaroszy z plecakami.

Po krótkiej regeneracji w dniu wcześniejszym skoro świt spakowaliśmy nasz dobytek i ruszyliśmy w kierunku wsi Luhei położonej u podnóża Pietrosa Budyjewskiego (1 850 m), skąd planowaliśmy wyjść na czterodniowe przejście halami od Pietrosa Budyjewskiego po Popa Iwana Marmaroskiego (1 938 m). 

Życie jednak weryfikuje plany i ostatecznie ze względu na burzę musieliśmy odpuścić tego ostatniego i zejść z rejonu przełęczy za szczytem Kierniczny (1 587 m) do doliny potoku Rica. Ale po kolei.

Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów wylądowaliśmy w Luhei, maleńkiej rusińskiej wsi zamieszkałej przez kilkudziesięciu mieszkańców. Samochód zostawiliśmy na podwórzu u sympatycznej starszej Rusinki (kilka dni wcześniej dogadaliśmy się z nią w tej kwestii) i ruszyliśmy na podbój Pietrosa Budyjewskiego.

Dość mocno objuczeni pełnym dobytkiem posuwaliśmy się powoli dość szeroką drogą wijącą się wzdłuż potoku Cosnea. Przez pierwsze godziny nic się nie działo, ciągle las, zakręt za zakrętem, krok za krokiem, metr wysokości za metrem.

Dopiero po ok. dwóch godzinach marszu wyszliśmy na pierwsze halizny. Od tego momentu było już ciekawiej. Coraz ładniejsze widoczki, lekko wiejący wiatr, a i teren jakby się trochę wypłaszczył.

Mijamy letnią osadę pasterską Vacaristea Pecealu.
Farcaul i Michajłek nie były nam pisane.
Stada owiec w okolicy Pecealu (1725m).

Mimo takiej dziczy nie było wcale odludnie. Dość licznie spotykani pasterze ze swoimi stadami owiec i kóz, czy panie zbierające jagody powodowały, że robiło się całkiem tłoczno.

Ta zagęszczona atmosfera dość szybko się skończyła, a my powoli posuwaliśmy się w kierunku Pietrosa Budyjewskiego. Wygodny, dobrze oznakowany szlak nagle się skończył. Znaki (czerwone) zaczęły się pojawić coraz rzadziej. Szeroka droga zamieniła się w niknącą prawie całkowicie ścieżkę. Musieliśmy trochę improwizować, popracować na mapie aby się nie zgubić.

Bukowinka (1763m) i Pietros Budyjowski (1854m). Już nie daleko.
Przed nami od prawej: Byjowska Wielka (1678m), Budyjowska Mała (1678m), Cristina (1656), a w oddali Czywczyn (1769m).
Marmarosze, dla innych Czywczyny.

Po kolejnych trzech godzinach od wejścia na hale udało nam się doczłapać do Pietrosa Budyjewskiego. Trawersowanie rozległego szczytu Peciatul Lutoasa (1 745m) mocno nadszarpnęło nasze siły.

Praktycznie zalegliśmy na Pietrosie Budyjewskim prawie na godzinę. Jedni zajęli się fotografowaniem, inni centralnie poszli spać. Ktoś wyciągnął batonika. Nie było sił by rozmawiać z początku.

Chwila regeneracji.

Jednak odpoczynek również ma swój koniec.

Dzień chylił się ku końcowi, a przed nami było jeszcze sporo drogi do planowanego w rejonie szczytu Cristina (1 656 m) biwaku.

Farcaul i Michajłek.

Powoli ruszyliśmy w drogę. Zeszliśmy ze szczytu do małego kociołka polodowcowego i z powrotem, pomiędzy rzadko rosnącymi świerkami zaczęliśmy zdobywać wysokość. Na szczęście nie zeszliśmy zbyt nisko, więc nie trzeba było zbyt dużo nadrabiać, tym bardziej, że Cristina jest szczytem nieco niższym od Pietrosa Budyjewskiego.

Końcowe metry na Cristinie.

Po kolejnych dwóch godzinach marszu wylądowaliśmy gdzieś między Cristiną, a Budyjewską Małą (1 678 m).

Zrzuciliśmy coraz cięższe plecami i zaczęliśmy organizować obóz. 

Nie było to takie proste, gdyż wyglądający z daleka na płaski teren hali, na której rozbiliśmy ostatecznie namioty okazał się dość mocno naćkany pojedynczymi karpami traw, co znacznie utrudniało rozbicie namiotów. Udało się ostatecznie rozbić namioty centralnie na drodze/ścieżce, którą przyszliśmy.

Jak to na biwaku, gdzieś na Cristinie.

Wydawało się, że nikt, ani nic nie będzie szło tędy w dniu dzisiejszym, więc spokojnie możemy się rozbić.

Okazało się, że się myliliśmy. Już grubo po zjedzeniu kolacji i pójściu spać obudził nas powoli rosnący hałas. Z początku nie wiedzieliśmy co się dzieje. Pełni strachu wychyliliśmy głowy z namiotów i oniemieliśmy. W naszym kierunku, a w zasadzie już przez nasz obóz, podążało stado około 200 koni, zaganiane przez kilku pasterzy.

Skąd się tutaj wzięły w środku nocy. Jeszcze długo w dniu następnym dyskutowaliśmy na ten temat, a za jedną z głównych opcji jaka pojawiała się w dyskusji był przemyt koni z ukraińskiej strony. Czy tak było naprawdę trudno powiedzieć, ale był to dość prawdopodobny scenariusz.

Po tej wątpliwej atrakcji reszta nocy minęła już bez przygód.

Jak dnia poprzedniego wstaliśmy skoro świt. Dzień zapowiadał się przepiękny. Już w okolicy godziny 6:00 rano było dość ciepło, więc obawialiśmy się czy nie będzie upału, a planowana w tym dniu droga wiodła praktycznie terenem bezleśnym, ciągnącymi się w nieskończoność połoninami.

Na granicy rumuńsko – ukraińskiej.
Marmarosze. W oddali Czarnohora, a na pierwszym planie Bursztyn (1573m) i Połonina Stara Staja.

Po szybkim śniadaniu i spakowaniu dobytku przyszło ruszać na szlak. W planie było dojście w okolice szczytu Szczawul (1 763 m), a więc szykował się dość długi przemarsz. 

Po krótkim, ok. 3 – kilometrowym odcinku szlaku doszliśmy do pasa drogi granicznej w rejonie Połoniny Kukul, między szczytami Budyjowska Wielka (1 678 m), a Kukulik (1 567 m). 

Ach ten Pietros Budyjowski. Od granicy prezentuje się niesamowicie.
Sistiema.

Ku naszej uciesze trafiliśmy w tym miejscu na małe źródło wody, dzięki czemu mogliśmy uzupełnić, dość mocno nadwątlone zapasy, bez których chyba byśmy nie dali rady iść w tym dniu.

Oprócz źródła wody w miejscu tym czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka.

Odnaleźliśmy mianowicie jeden z niewielu zachowanych słupków granicznych, dawnej granicy polsko – rumuńskiej.

Tutaj kiedyś była Polska. Dawny słupek graniczny na granicy „polsko – rumuńskiej”. Brzmi niewiarygodnie, a jednak prawdziwe. Niektórzy Rumuni z okolic Borszy w ogóle nie wiedzą, że kiedyś była taka granica.

Zrobiło nam się jakoś ciepło na sercu. Zaczęły się dyskusje, co by było, gdyby granice sprzed II Wojny Światowej się zachowały, jak by wyglądały te tereny, gdyby była tutaj Polska, itd.

Po tej chwili zadumy, machnięciu kilku fotek trzeba było iść dalej.

Aparaty fotograficzne były cały czas w pogotowiu, gdyż widoki zapierały dech w piersiach. Rozciągająca się panorama szczytów od Pietrosa Budyjewskiego, po Stóg (1 653 m) na którym przed wojną był trójstyk granic Czechosłowacji, Polski i Rumunii, dalej po Czarnohorę z Popem Iwanem Czarnohorskim, powodowała, że migawki aparatów strzelały na potęgę.

Na grzbiecie granicznym Marmaroszy.

Trochę zaczęliśmy fotografować na zapas, gdyż zaczęła się psuć pogoda.

Wiatr praktycznie przestał wiać, temperatura dawno przekroczyła 30 stopni, widoczność zaczynała się pogarszać. Zaczęło się zbierać na burzę.

Szło nam się dość ciężko. Całe szczęście, że praktycznie nie było podejść, gdyż poruszanie się na tym odcinku przypominało przejście grzbietem głównym Karkonoszy, więc przynajmniej nie męczyliśmy się podejściami.

Pop Iwan Czarnohorski z okolic Kiernicznego (1587m).
Idzie burza.
Stóg (1653m) z okolicy Kopilasza (1599m).

Marna to jednak pociecha. W zasadzie powłócząc nogami doszliśmy do przełęczy za Kiernicznym, kiedy zaczęły się pierwsze pomruki nadciągającej burzy.

Po krótkiej dyskusji na temat dalszej drogi, z żalem postanowiliśmy jednak schodzić szybko w dół, odpuszczając tym samym docelowy plan zdobycia Popa Iwana Marmaroskiego.

Jednak bezpieczeństwo jest ważniejsze. Pop Iwan nie ucieknie, kiedyś do zdobędziemy.

Droga w dół nie była jednak łatwa. Kilka godzin schodziliśmy korytem potoku. Wszędobylskie błoto, woda wlewająca się do butów jeszcze bardziej nas dołowały.

Mimo tych niedogodności udało nam się w końcu  dojść w szerszą część doliny i rozbić namioty nad brzegiem już dość dużej rzeczki.

To był mega ciężki dzień. Biwak w dolinie Rososu Mare.

Jak rzesz przyjemnie było się wykąpać w zimnym, górskim strumieniu. Prawdziwa regeneracja dla ciała i duszy.

Po tych przyjemnościach, a także obfitej kolacji szybko poszliśmy spać, a burza ostatecznie przeszła bokiem. Trochę żałowaliśmy, że zeszliśmy z grani, ale de facto nie wiedzieliśmy jak rozwinie się sytuacja z burzą, a mogło być różnie.

Kolejny poranek, tak jak w dniach poprzednich przywitał nas pięknym słońcem. Niespiesznie zaczęliśmy wstawać, pakować się, szykować śniadanie. Nigdzie nam się nie spieszyło.

Pozostało przejście doliną potoku, już dość wygodną drogą, do wioski Luhei i przejazd do naszej bazy w Borsie.

Droga Mackensena.

Jednak kilometry same się nie zrobią. Powoli ruszyliśmy w drogę i krok za krokiem przemierzaliśmy dolinę. Nie dane nam było jednak długo iść. Po przejściu ok. 2 km zatrzymał się przy nas dość mocno zdezelowany samochód typu pickup. Jadący w środku pracownicy leśni zaproponowali nam podwózkę do Luhei.

Grzech było nie skorzystać. Większa część ekipy jechała na pace, a mnie w udziale przydała jazda w szoferce.

I tu kolejna niespodzianka. Nasi dobroczyńcy byli Rusinami, a chyba ich kierownik/brygadzista, emerytowanym nauczycielem. Muszę przyznać, że dawno tak dużo nie nagadałem się po rosyjsku jak wówczas, a jechaliśmy razem ok. 30 minut.

Po rozstaniu w Luhei pozostało dojście kilkadziesiąt metrów do naszego samochodu. Jednak zanim to się stało mieliśmy okazję spotkać naszego “znajomego” z Pietrosula Rodniańskiego. Nie wiem czy pamiętacie. Pisałem o tym w artykule  Wędrówka grzbietem Alp Rodniańskich.

Z tym spotkaniem wiąże się też pewna anegdotka. Otóż będąc jeszcze w Borsie nasz kolega Maciej zapytał mnie czy po Marmaroszach wędruje dużo turystów. Odpowiedziałem mu wówczas, że nie, gdyż są to góry dość dzikie i  jak spotkamy jakiegoś turystę to będzie cud i prawdopodobnie będzie to Polak.

Tak też się stało. Na całej wycieczce spotkaliśmy jednego turystę i był to wcześniej widziany Polak z Pietrosula Rodniańskiego. Bardzo miło było spotkać rodaka i zamienić kilka słów. 

Przejście granią Marmaroszy wyczerpało nas kompletnie, jednak byliśmy bardzo szczęśliwi z tej marszruty, którą wspominaliśmy jeszcze dość długo.

Ostatni dzień pobytu w Rumunii przeznaczyliśmy na rekreację – wycieczkę samochodową do rumuńskiej Polanicy Zdrój, czyli Vatra Dornei, bardzo ładnego miasteczka uzdrowiskowego. Był czas na kawę i lody, przejście głównym deptakiem miasta i parkiem zdrojowym, odwiedzenie cerkwi zdrojowej, całkiem innej niż cerkwie marmaroskie.

Pozostała jeszcze jazda, z międzylądowaniem w węgierskim Tokaju, do domu i powrót do szarej rzeczywistości.

Artykuł o wędrówce po Karpatach Marmaroskich jest ostatnim z cyklu opisującego góry północnej Rumunii. Może jeszcze kiedyś tam zawitamy, przecież nadal niezdobyty czeka Pop Iwan Marmaroski. Na pewno opiszemy wówczas wejście na niego.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *