OKOŁOTREKKINGOWO,  PODKARPACIE,  POLSKA,  REGIONY,  SPORT I PODRÓŻE,  TRENINGI I WYPRAWY GÓRSKIE,  Z PAMIĘTNIKA KIEROWNIKA- WSPOMINKI NIEROWEROWE

Bieszczad jakiego pamiętam

Kiedy w czerwcu roku 1988 wylądowałem na egzaminach wstępnych na ówczesnej Akademii Ekonomicznej w Jeleniej Górze nie wiedziałem, że los na lata zwiąże mnie z moim późniejszym wieloletnim partnerem górskim i przyjacielem Jackiem, dzięki któremu zaliczyłem pierwszy wyjazd w Bieszczady.

Rok wspólnego pomieszkiwania w akademiku, nota bene z widokiem na Śnieżne Kotły, praktycznie prawie co weekendowe jedno-dwudniowe wypady w góry otoczenia Kotliny Jeleniogórskiej nie mogły się skończyć inaczej jak wspólnym wyjazdem wakacyjnym. Oczywistym wyborem stały się Bieszczady. Dla mnie góry magiczne, odległe, gdyż moja aktywność górska kończyła się na masywie Babiej Góry, natomiast dla Jacka, bieszczadzkiego starego wygi góry wspomnień, którymi chciał się podzielić właśnie ze mną.

Tak jak zaplanowaliśmy po pierwszej części sezonu wakacyjnego, czyli w sierpniu 1989 r. udało nam się zrealizować ten wyjazd.

Po kilkugodzinnym pobycie we Wrocławiu ruszyliśmy pociągiem do Przemyśla, w którym  udało nam się wylądować z samego rana następnego dnia.

Celem tego dnia był dojazd do Polany, gdzie na stanicy harcerskiej Jacek miał kilku znajomych (wcześniej jako harcerz z wieloletnim stażem brał udział w budowie tej stanicy), a my planowaliśmy zanocować.

Przed wpakowaniem się do pociągu Przemyśl  – Ustrzyki Dolne mieliśmy do wykonania jeszcze misję, a mianowicie zakup dużych ilości pieczywa, gdyż Jacek usłyszał plotkę, że w Bieszczadach są strajki w sklepach spożywczych i są problemy z zaopatrzeniem. Jako że mieliśmy kilkadziesiąt wojskowych konserw mięsnych, kilkadziesiąt rosołów w proszku, słoik jajek do szczęścia brakowało nam tylko chleba.

Zrobiliśmy więc ostatnie zakupy, zagoniliśmy śniadanie w barze mlecznym i ruszyliśmy na dworzec.

Pociąg do Ustrzyk Dolnych wyładowany był po brzegi. Nam udało się zająć miejsce na korytarzu przy toalecie i w tak komfortowych warunkach dojechaliśmy na miejsce. Ciekawostką tej trasy był fakt, iż pociąg częściowo jechał przez terytorium Ukrainy, a wówczas ZSRR. W efekcie zaraz po przejechaniu granicy na schodach wejściowych do wagonów umiejscowili się radzieccy żołnierze z karabinami. Prawdopodobnie chronili nas przed nadmiarem radzieckiego dobrobytu i  chęcią wyskoczenia do tego raju.

Jakoś szczęśliwie udało nam się dojechać do Ustrzyk, notując po drodze stratę zbitej jednej (z dwóch) butelki piwa Zamojskiego z browaru Jatutów (wystarczyła nam jedna butelka tego podłego, gorzkiego wynalazku).

W Ustrzykach Dolnych nie zabawiliśmy zbyt długo przejeżdżając autobusem PKS do Polany, gdzie po zameldowaniu się w rzeczonej stanicy harcerskiej rozbiliśmy namiot i poszliśmy spać.

Następnego dnia rozpoczęliśmy właściwą wędrówkę. Na początek wzięliśmy na warsztat masyw Otrytu.

1_01.jpg
Drugie śniadanie na Otrycie.

Dla mnie, bieszczadzkiego nowicjusza wszystko co nas otaczało było nowe, inne. Dzikość przyrody, stada pasących się krów, zdziczałych psów były całkowicie inne niż cywilizowane życie Sudetów i Beskidów Zachodnich z jakimi do tej pory miałem do czynienia, nawet jak na koniec lat 80-tych.

Bieszczady powalały. Cisza panująca wokół, z rzadka pojawiający się turyści w tzw. Bieszczadach Lesistych, nieprzebrane połacie jagodzin z uginającymi się od owoców gałęziami, słowem “czad”.

1_02.jpg
Stanica harcerska w Dwerniku.
1_03.jpg
San w Dwerniku.
1_04.jpg
Jagodowe żniwa na Magurze Stuposiańskiej.

W takiej atmosferze, codziennego mozołu pokonywania kolejnych wierzchołków z nieprzeciętnie ciężkim plecakiem dotarliśmy po kilku dniach do Pszczelin. W planie był nocleg na bazie studenckiej i wyruszenie w następny dzień w stronę Bukowego Berda.

Bazę oczywiście znaleźliśmy, jednak bez namiotów, gdyż jak się okazało została w tym miejscu zlikwidowana i przeniesiona bliżej wsi. My już tego nie sprawdzaliśmy, rozbiliśmy namiot i po obiadokolacji okraszonej całą menażką jagód zebranych na Magurze Stuposiańskiej poszliśmy spać.

1_05.jpg
Wołosaty w Pszczelinach.
1_06.jpg
Na byłej bazie studenckiej w Pszczelinach.

Na drugi dzień, w trakcie śniadania, zaskoczył nas nagle ruch na polanie, na której byliśmy rozbici namiotem. Zostaliśmy mianowicie otoczeni przez pracowników nadleśnictwa jakbyśmy byli poszukiwanymi przestępcami.

Okazało się, że rozbiliśmy namiot w miejscu niedozwolonym, chociaż zarówno na asfalcie jak i na drzewach były jeszcze znaki informacyjne dotyczące bazy studenckiej. Na nic zdały się tłumaczenia. Dostaliśmy mandat. Nie pamiętam już kwoty, ale okazało się że było to mniej niż koszt rozbicia namiotu na campingu w Ustrzykach Górnych.

Tak pobudzeni do działania zwinęliśmy obozowisko i ruszyliśmy w stronę Bukowego Berda. Szło nam się w tym dniu bardzo ciężko. Odpoczywaliśmy co 40 minut, a plecaki mieliśmy tak ciężkie, iż mimo zjedzenia większości zakupionego w Przemyślu pieczywa nie byliśmy w stanie samodzielnie ich zarzucać na plecy.

1_07.jpg
Połonina Caryńska z podejścia na Bukowe Berdo.
1_08.jpg
Odpoczynek na podejściu.

Mimo tego jakoś udało nam się wyjść nad górną granicę lasu, gdzie naszym oczom ukazał się ogrom połonin. Mnie osobiście ten widok powalił. Nigdy wcześniej nie byłem na połoninach, a jeszcze całodzienna wędrówka nimi była dla mnie czymś niesamowitym.

1_09.jpg
Tarnica i Krzemień.
1_10.jpg
Grzbiet Bukowego Berda.
1_11.jpg
Halicz i Rozsypaniec spod Tarnicy.
1_12.jpg
Za nami została Tarnica.

Tak naładowani pierwiastkiem szczęścia, po kilku kryzysach na podejściach pod Halicz i Rozsypaniec dotarliśmy z Przełęczy Bukowskiej do Wołosatego i tym razem, już na legalu, rozłożyliśmy się namiotem na miejscowej stanicy harcerskiej.

W miejscu tym należy wspomnieć, iż w obliczu bardzo słabej bazy noclegowej w Bieszczadach lat 80-tych stanice harcerskie i bazy studenckie były jej idealnym uzupełnieniem. Nie wiem jak wygląda obecnie funkcjonowanie stanic harcerskich, czy baz studenckich, ale wówczas była to fantastyczna sprawa.

My tymczasem po rozbiciu namiotu byliśmy tak zmęczeni, że przez ładnych kilka minut w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy.

W pewnym momencie, Jacek, niczym Archimedes krzyknął:

  • Paweł. Ja mam przecież jeszcze cały słoik litrowy jajek.

Humory poprawiły nam się natychmiast. Zabraliśmy się do robienia jajecznicy, po spałaszowaniu której nie pozostało nic innego jak zasłużony sen.

Kolejne dwa dni, po zaliczeniu Tarnicy, przeznaczyliśmy na odnowę biologiczną i regenerację w Ustrzykach Górnych. Znowu, tradycyjnie rozbiliśmy się na stanicy harcerskiej i napawaliśmy się niezakłóconym wypoczynkiem.

1_13.jpg
Na przełęczy pod Tarnicą.
1_14.jpg
Szeroki Wierch.
1_15.jpg
W Ustrzykach Górnych. Trochę się zmieniło przez ostatnie 30 lat.
1_16.jpg
Baza harcerska w Ustrzykach Górnych. W oddali połoniny Wielkiej Rawki.

Jednak będąc w tak dużej jak na warunki bieszczadzkie miejscowości postanowiliśmy odnowić zapasy pieczywa i skosztować miejscowego piwa.

Chleb z wielkimi kłopotami, po odstaniu na zmianę swojego w 3-godzinnej kolejce, w ilości jednego bochenka udało nam się w końcu kupić w jedynym sklepie spożywczym w Ustrzykach Górnych. Nota bene ten sklep funkcjonuje do dzisiaj i ma się całkiem nieźle.

Po zaopatrzeniu w pieczywo postanowiliśmy umilić sobie resztę dnia pierwszym od momentu pojawiania się w Bieszczadach piwkiem.

Po tłumach wracających i zmierzających w kierunku Hotelu Kremenaros ustaliliśmy, że właśnie tam rozlewany jest świeży, kuflowy “Leżajsk”, w budce typu „beczka” (budka również stoi do dzisiaj i pełni rolę dużego gazonu kwiatowego).

Miny nam trochę zrzedły kiedy okazało się, że zakup piwa nie jest taki prosty. Żeby się napić trzeba było w pierwszej kolejności zapolować na kufel, a najlepiej na dwa na osobę. Po tym kilkunastominutowym, zakończonym sukcesem polowaniu udało nam się w końcu zatankować dwa kufle, a na wynos wzięliśmy jeszcze 5-litrowy plastikowy kanister, który na co dzień służył nam jako pojemnik na kawę zbożową.

I na tym nasza rekreacja się skończyła. Piwo było takie sobie, natomiast sam kanister przesiąkł jego zapachem na tyle mocno, że kolejna kawa zbożowa, czy herbata miała już do końca jedyny w swoim rodzaju chmielowy aromat.

Po dwóch dniach odpoczynku trzeba było ruszać na trasę. Zwinęliśmy więc namiot i udalismy się na podbój Połoniny Caryńskiej i Wetlińskiej. Z początku szło się dość kiepsko. Było dość parno, a wszędobylskie muchy nie odstępowały nas na krok. Sympatyczniej zrobiło się od parkingu w Berehach Górnych, gdzie poznaliśmy grupkę harcerzy, która poczęstowała nas zakupionym u juhasów oscypkiem i w takiej miłej atmosferze dotarliśmy wspólnie do Wetliny.

Plan na następne dni był taki, aby założyć w Wetlinie bazę i zaatakować otaczające ją szczyty z Czołem, Rabią Skałą i Okrąglikiem na czele.

1_17.jpg
Bieszczadzki las w okolicach Czoła.

Jak zaplanowaliśmy tak też zrobiliśmy. W kolejny dzień udaliśmy się na lekko w rejon Okrąglika i Rabiej Skały. Przejście to zajęło nam prawie cały dzień, łącznie z jagodowymi żniwami i późnym popołudniem znaleźliśmy się w rejonie wsi Smerek.

Jakież było nasze zaskoczenie kiedy kilkadziesiąt metrów przed nami zamajaczyła nam potężna sylwetka naszego kolegi ze studiów Miśka wędrującego jak się później okazało z dwoma Niemcami ze wschodniego Berlina – Dirkiem (niestety już nieżyjącym) oraz Ronnym.

Tym samym nasza grupa wędrowna zwiększyła swój stan osobowy do 5-ciu osób i dotrwała niezmiennie do końca wyrypy w Komańczy.

Z naszych niemieckich kolegów mieliśmy niezły ubaw. Bieszczady w każdym momencie ich zaskakiwały. Nigdy nie byli w tak dzikich ostępach, chociaż doświadczenie górskie mieli dosyć spore. Nigdy nie rozbijali się namiotem na dziko, ani nie palili ogniska, o pieczeniu ziemniaków w ognisku nie wspominając.

1_18.jpg
Hnatowe Berdo od schroniska młodzieżowego w Wetlinie.
1_19.jpg
Pole namiotowe przy schronisku młodzieżowym w Wetlinie.
1_20.jpg
Smerek z Przeł. Orłowicza.
1_21.jpg
Dolina Wetliny z Wysokiego Berda.

Palenie ogniska tak im się spodobało, że począwszy od noclegu na dzikim polu namiotowym w Dołżycy paliliśmy je codziennie. Warunek był jeden. Niemcy idą do lasu zbierać drewno, czemu oddawali się z pasją.

My tymczasem po spotkaniu i spędzeniu kolejnej nocy w Wetlinie, tym razem na polu namiotowym przy schronisku PTSM ruszyliśmy znowu w kierunku Bieszczad Lesistych i po kolejnych dwóch dniach zameldowaliśmy się w Jabłonkach, miejscu śmierci gen. Świerczewskiego. W tamtych czasach było to miejsce otoczone dość dużym kultem. W Jabłonkach znajdował się obelisk upamiętniający śmierć generała (chyba stoi do dzisiaj), jego muzeum, a górująca nad Jabłonkami góra Woronikówka nosiła miano “Walter” na pamiątkę pseudonimu generała.

1_22.jpg
Nad Wetliną, w okolicy bacówki w Jaworzcu.
1_23.jpg
Nad Wetliną, w okolicy bacówki w Jaworzcu.
1_24.jpg
Nad Wetliną, w okolicy bacówki w Jaworzcu.
1_25.jpg
Ulewa w Jabłonkach.
1_26.jpg
Po burzy.

Nocleg w Jabłonkach był szczególnie owocny dla naszych niemieckich kolegów, gdyż po szybkim transferze do Baligrodu w celu uzupełnienia zapasów przywieźliśmy worek ziemniaków, które upiekliśmy w ognisku. To dla naszych gości był już prawie orgazm.

Ostatnie dni w Bieszczadach upłynęły nam na spokojnym przejściu z Jabłonek przez Rabe, Chryszczatą i Duszatyn do Komańczy, gdzie zakończyliśmy akcję górską.

1_27.jpg
Na szczycie Jawornego.
1_28.jpg
Na Wysokim Dziale.
1_29.jpg
Widoki z Chryszczatej.
1_30.jpg
Jeziorko Duszatyńskie.

Nasi niemieccy przyjaciele po dotarciu do tak wielkiej jak na tutejsze warunki metropolii czyli Komańczy koniecznie chcieli napić się z nami piwa, a może nawet je nam postawić.

Jakież było ich zaskoczenie, kiedy okazało się, że w jedynym w tamtych czasach barze w Komańczy –  “Pod Kominkiem” dostępne były tylko “jabole”, za to polewane w kuflach.

Tak na marginesie trzeba wspomnieć, iż piwa doczekaliśmy się dopiero w pociągu relacji Kraków – Wrocław, które sprzedawane było przez miejscowego chodzika.

Gwoli podsumowania.

Ten wyjazd w Bieszczady, może dlatego że pierwszy w życiu, zapadł mi w sercu na zawsze i pamiętam go jakbyśmy byli tam wczoraj, a nie prawie 30 lat temu.

Dzięki niemu nasza przyjaźń z Jackiem została mocno ugruntowana i trwa do dziś skutkując wieloma wyprawami górskimi w wiele gór Polski i Europy.

A Bieszczady? No cóż, wracam do nich tak często jak mogę i to nie sam, ale zarówno z moimi kolegami górołazami jak i rodzinką, szczególnie z żoną, zauroczoną ich magią chyba jeszcze bardziej jak ja.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *