
Maroko. Miesiąc po powrocie.
Minął ponad miesiąc od momentu naszego powrotu z Maroka. Emocje wybrzmiały, szereg spotkań z opowieściami “na gorąco” zaliczone, wizyta w Radiu RAM również, artykuł do Bikeboard-a gotowy (mam nadzieję, że niedługo będziecie mogli go przeczytać), jednak nadal przy kontaktach z ludźmi, z którymi nie widujemy się na co dzień pada sakramentalne “Jak było?” lub “A co byście poradzili, gdybym to ja chciał/a jechać?”.

Właśnie, jak było?
Już na spokojnie, po przeanalizowaniu wszystkich pozytywów i negatywów, kiedy adrenalina opadła, a rowery, przynajmniej niektórych z nas, zaczął pokrywać kurz możemy podzielić się garścią informacji praktycznych zebranych osobiście na miejscu oraz przed wyjazdem.

Planowanie wyjazdu.
Nieodłącznym elementem wyprawy, takiej jak nasza jest solidne przygotowanie pod kątem teoretycznym, szczególnie w sytuacji, kiedy jedziemy w totalnie inny kraj niż bliskie nam kulturowo kraje europejskie. Dzięki temu możemy zaoszczędzić sobie na miejscu szeregu nieprzyjemnych niespodzianek poczynając od prozaicznych kwestii związanych z pogodą, cenami, warunkami naturalnymi na trasie po kwestie związane z naszym bezpieczeństwem, chociażby w kontekście preferowanego ubioru i zachowania towarzyszących nam kobiet.

W miejscu tym pomocną dłoń wyciągają do nas przepastne zasoby Internetu, głównie pod postacią blogów czy forów podróżniczych. Niebagatelną rolę odgrywa również zgromadzony w sieci materiał fotograficzny, który na wstępie pozwala nam osądzić czy dane miejsce jest dla nas interesujące czy też nie. Trudno tutaj skupić się na wszystkich dostępnych w sieci witrynach. My na pewno możemy polecić stronę kolemsietoczy.pl i kontakt z jej autorem Karolem Wernerem. Nawet kiedy jest w podróży szybko odpowiada na zadane pytania, a jego porady są bardzo praktyczne. Jest jednak szereg stron, które traktują wybiórczo o wielu kwestiach, dotyczących np. samego wyżywienia, noclegów, wymiany pieniędzy itp. Warto z nich również skorzystać.

Pomocne mogą okazać się także przewodniki w wydaniu książkowym, szczególnie dla osób, które nastawiają się na zwiedzanie dużych miast, jak chociażby Marrakesz, Meknes czy Fez.
Do nas one nie do końca trafiły, a jeden z nich mieliśmy nawet ze sobą, może dlatego, że naszym głównym terenem działania była głęboka prowincja, a nie najbardziej kultowe, turystyczne miejsca Maroka, chociaż kilka z nich zaliczyliśmy.

Poruszając się po Maroko na dwóch kółkach oczywiście trzeba odpowiednio zaplanować trasę i noclegi, o czym w dalszej części
Kiedy jechać?
Na pewno decydując się na wyjazd rowerowy należy brać pod uwagę temperatury panujące w Maroko. W końcu jest to Afryka. Jednak i w Afryce aura potrafi płatać figle.
Zdecydowanie odradzamy porę gorącą, czyli mniej więcej od czerwca do września.

My wybraliśmy się w połowie marca i generalnie pod względem pogody było całkiem dobrze, jednak jadąc przez Atlas Wysoki niskie temperatury dały nam się we znaki, a i deszcze także kilka razy pokrzyżowały nam szyki. Wprawdzie nocujący z nami w tym samym hotelu w Er-Rich rowerzyści z Niemiec stwierdzili, że jak jest wiosna to musi padać to lepiej jednak unikać tego typu atrakcji. Z perspektywy czasu może jesień okazałaby się bardziej łaskawa, np. październik, ale tą kwestię zostawiamy pod rozwagę dla Was.

Na pewno na jesieni jest większy dostęp do owoców, jednak na wiosnę również nie można narzekać, gdyż świeżych pomarańczy i mandarynek jest zatrzęsienie.
Jak się dostać do Maroka i jak z niego wrócić?
Sposobów dotarcia do Maroka jest kilka, w zależności od tego jaką formę turystyki preferujecie, ile macie czasu oraz jak zasobne portfele.
Jednym z nich jest dojazd własnym środkiem transportu. Mieliśmy okazję spotkać naszych rodaków w Kasba Jurassique, którzy jechali z Polski busem załadowanym motocyklami i kierowali się w stronę Merzougi, żeby pojeździć po wydmach Sahary.
Jednak zarówno na wyjazd rowerowy, trampingowy, czy stacjonarny zdecydowanie najlepszy jest samolot.

My lecieliśmy Wizzair-em z warszawskiego Okęcia prosto do Marrakeszu. Lot trwał ok. 5 godzin, a koszt na osobę, łącznie z rowerami zamknął się w kwocie ok. 500 zł.
Udając się do kontroli paszportowej zarówno na lotnisku, jak i w drodze powrotnej, na przejściu drogowym (z Ceutą) lub morskim (Tanger) należy pamiętać o wypełnieniu karteczek meldunkowych z planowanym adresem noclegu. Bez tego nie przekroczycie granicy.

Robiąc pętlę po Maroko można obrać taką samą drogę powrotną. Jednak jeśli chcecie przejechać przez Maroko i dotrzeć do wybrzeża Morza Śródziemnego to naturalnym miejscem, z którego można wracać jest hiszpańska Malaga. Na kontynent europejski można przeprawić się promem z Tangeru lub Ceuty do Algeciras lub Tarify. Pozostaje jeszcze dopedałowanie do Malagi, mniej lub bardziej skomplikowaną trasą.
My po dojechaniu wracaliśmy, z tejże liniami Ryanair do Wrocławia. Koszt przelotu z rowerem to ok. 650 zł (niestety cena za przewóz roweru jest tutaj o 100% wyższa niż w Wizzair).
Lecąc z rowerami należy pamiętać o ich dobrym spakowaniu. My idąc za radą Karola Wernera użyliśmy do tego celu klasycznych kartonów rowerowych, do których oprócz samych rowerów doładowaliśmy kilka rzeczy. Nikt się nas nie czepiał, mimo prześwietlenia bagażu, że coś jest nie tak. Liczyła się jedynie waga bagażu.

O ile na drogę do Maroka w kartony można zaopatrzyć się w naszym ulubionym sklepie/serwisie rowerowym, o tyle problem pojawia się w drodze powrotnej.
Gdybyście lecieli z Malagi to polecamy sklep ciclohobby, położony blisko lotniska, gdzie po wcześniejszym zaanonsowaniu dostaliśmy kartony, oczywiście bezpłatnie.
Co ze sobą zabrać?
Na pewno wyjeżdżając na wyprawę rowerową w tak zróżnicowany obszar jakim jest Maroko trzeba się zaopatrzyć w ubrania na każdą pogodę, od upałów pnujących w okolicy Marrakeszu i Merzougi po dość niskie temperatury w Atlasie Wysokim. Wskazane, szczególnie na wiosnę jest zabranie ze sobą czegoś przeciwdeszczowego, łącznie ze spodniami. Nam niestety tego ostatniego brakowało, przez co straciliśmy ładnych kilka dni czekając na poprawę pogody.

Oczywiście jadąc rowerem konieczne jest zabranie oprócz samego roweru również akcesoriów, części i narzędzi rowerowych. Jadąc asfaltami nie napotkacie na większe problemy, jednak w naszym przypadku była konieczność wymiany dętki oraz klocków hamulcowych. Serwisów rowerowych jest mało i generalnie znajdują się one w dużych miastach.
Oprócz wody oraz batonów mniej czy bardziej energetycznych nie ma sensu ciągnąć ze sobą jedzenia, chyba że będziecie spać pod namiotem i konieczne będzie sporządzanie posiłków we własnym zakresie.

My w pełni oddaliśmy się lokalnej kuchni i żywiliśmy w miejscach gdzie spaliśmy lub w lokalach gastronomicznych znajdujących się w ich okolicy.
W zależności od potrzeb sugerujemy wziąć także mniej lub bardziej pokaźne apteczki.
Można by tu wyliczać w nieskończoność co jeszcze ze sobą zabrać. Jeśli oprócz tych podstawowych rzeczy macie pytania co do innego wyposażenia zapraszam do zadawania pytań w komentarzach lub poprzez indywidualny kontakt.
Szczepienia.
Wyjeżdżając do Maroka nie ma obowiązku szczepienia się. Pewnie gdybyśmy jechali na wybrzeże, na totalny wypoczynek np. do Agadiru zaliczając jedną lub dwie wycieczki busem nie szczepili byśmy się. Jednak biorąc pod uwagę fakt poruszania się rowerami, głównie po dość głębokiej prowincji, gdzie nie brakuje różnych niespodzianek ze stadami zdziczałych, agresywnych psów w Atlasie Średnim na czele, postanowiliśmy wykonać wszystkie zalecane szczepienia dla osób wyjeżdżających do Maroka. Do zagrożeń, na które warto się zaszczepić należą: Tężec, Błonica, Dur Brzuszny, Polio, Wirusowe zapalenie wątroby typu A i B oraz wścieklizna.
Koszt kompletu szczepień waha się między 1000, a 1500 zł w zależności od ilości dawek i konkretnej przychodni.
Bezpieczeństwo na miejscu.
Przed wyjazdem do Maroka wielu ludzi zadawało nam pytania czy się nie boimy jechać w ten rejon, szczególnie pod kątem zagrożenia zamachami terrorystycznymi o podłożu religijnym.
Wybierając się do Maroka uważaliśmy, na podstawie dostępnych informacji, iż z wszystkich państw Północnej Afryki Maroko jest najbezpieczniejsze. Niestety nieco się wystraszyliśmy po incydencie jaki miał miejsce pod Dżabal Tubkalem, kiedy to w grudniu zeszłego roku zostały zamordowane dwie turystki ze Skandynawii.
Mimo to postanowiliśmy jechać, tym bardziej, że ponieśliśmy do tego momentu dość duże koszty, głównie związane z zakupem biletów lotniczych oraz szczepień.
Aby nie generować sytuacji kryzysowych postanowiliśmy spać pod dachem, w mniej lub bardziej sprawdzonych obiektach typu riady czy hotele.
Również staraliśmy się nie prowokować sytuacji konfliktowych związanych z faktem, iż w naszym gronie była jedna kobieta. Odpowiednie zachowanie, brak wyzywających gestów czy “bezpieczne ubranie” z nakryciem głowy włącznie dawały poczucie bezpieczeństwa.
W miejscu tym należy powiedzieć, że Maroko jest państwem dość mocno policyjnym. Nie było chyba ani jednego dnia, żebyśmy nie mijali stałych czy ruchomych posterunków policji, z rozłożonymi na jezdni kolczatkami.
Policja w Maroko widoczna jest na każdym kroku, przez co poczucie bezpieczeństwa zdecydowanie rośnie.
Nie spotkaliśmy się także z żadnymi przejawami kradzieży, a bywało że nasze rowery stały niezabezpieczone, w miejscach ogólnodostępnych. Wręcz przeciwnie ludzie, u których przebywaliśmy na posiłku czy na noclegu pilnowali naszego dobytku.
Nieprzyjemne sytuacje związane z zachwianiem poczucia bezpieczeństwa zdarzają się, jak już, w dużych miastach, w których turyści są dość mocno molestowani przez miejscowych właścicieli knajpek, riadów zapraszających do skorzystania z ich gościny, czy też jak już o tym pisaliśmy, prze szajki młodych ludzi celowo wprowadzających w błąd w feskiej medynie, aby nas następnie naciągnąć na zapłatę za wyprowadzenie z labiryntu.
Poza tym jednym przypadkiem nigdy więcej nic złego nas nie spotkało.
Którędy jechać i jak zaplanować trasę?
Kwestia trasy jest tematem dość indywidualnym. Głównie zależy ona od tego jakim dysponujemy czasem, kondycją i tym co nas konkretnie interesuje. Naszą trasę zaplanowaliśmy zaznaczając na mapie najciekawsze naszym zdaniem miejsca i atrakcje i do nich staraliśmy się dopasować drogę. Generalnym założeniem było, aby w trzy tygodnie przejechać ok. 1400 km, zaliczając po drodze Atlas Wysoki i Saharę.
Tematem pobocznym były odwiedzane duże miasta jak Marrakesz, Meknes, Fez i Tetuan. W tym ostatnim, początkowo nie mieliśmy się zatrzymywać w ogóle.

Jako, że opony w naszych rowerach co do zasady bardziej nadają się do asfaltu, niż do jazdy terenowej poruszaliśmy się drogami asfaltowymi. Może nieco straciliśmy dzikości Maroka, ale nawet jazda asfaltami, szczególnie po wschodniej stronie Atlasu Wysokiego była dla nas bardzo atrakcyjna.
Zaplanowaliśmy dzienne trasy na dystansach między 70, a 100 km, jednak ukształtowanie terenu, czy też pogoda weryfikowały na bieżąco te plany.
Samą trasę wizualizowaliśmy na portalu i aplikacji mapy.cz, o której już pisaliśmy na naszym blogu. Czasami korzystaliśmy z niej jak z nawigacji.

Na pewno czynnikiem podstawowym decydującym o miejscu mety każdego odcinka było to, aby w danej miejscowości był jakiś ksar, riad czy hotel, w którym moglibyśmy zanocować.
Sztuka ta nie udała nam się jedynie raz, kiedy spaliśmy na opuszczonym basenie kąpielowym.

Oczywiście osoby planujące nocleg we własnym namiocie mają jeden problem z głowy, chociaż prawdę mówiąc znalezienie w Maroko przyzwoitego miejsca do rozbicia namiotu, o dostępie do bieżącej wody nie wspominając, nie jest takie proste.
Co ciekawego zobaczyliśmy na naszej trasie?
W zasadzie zaliczyliśmy prawie wszystko to co było w planie. Duże miasta, Marrakesz, Meknes i Fez, ze swoimi medynami i noclegami w niesamowitych riadach. Nie do uwierzenia jest fakt, iż przeciskając się bardzo wąskimi uliczkami medyn, między glinianymi budynkami wchodzi się nagle do niejednokrotnie przepięknego, przestronnego patio doświetlonego z góry, gdzie ściany wyłożone są charakterystyczną marokańską mozaiką, a drzwi posiadają tyle ciekawych ornamentów, że chętnie zabrałoby się je ze sobą. Co jeszcze nas urzekło w dużych miastach? Bramy – marrakeska Bab Agnaou, Bab Mansour w Meknes oraz brama Bab Bu Dżalud w Fezie. Na pewno duże wrażenie wywarły na nas również fezkie garbarnie, chociaż ich zwiedzanie nie obyło się bez przygód.



Jednak najwdzięczniejszym miastem był chyba Chefchaoun ze swoim “błękitnym miastem”. Takich kolorów nie widzieliśmy nigdzie indziej.

Dość ciekawym był również pobyt w Ait Bin Haddou z fantastyczną, zabytkową zabudową.
Na pewno na długo zapamiętamy saharyjskie wydmy w okolicy Merzougi. Takiego koloru piasku, żółci, wpadającej w pomarańcz nie widzieliśmy dotąd nigdzie.



Jednak dla mnie osobiście swoistym “top of the top” był wąwóz Dades z niesamowitymi serpentynami, na które udało nam się wjechać.

Jedyną ważną atrakcją, której nie udało nam się odwiedzić był wąwóz Todra, ale nie można mieć wszystkiego.
Noclegi, w tym na dziko.
Jak już wcześniej sygnalizowaliśmy w trakcie całej trasy przejazdu staraliśmy się nocować w obiektach noclegowych, głównie ze względów bezpieczeństwa. Tego typu miejscówki miały również tę zaletę, że w komplecie z noclegiem można było dostać bardzo dobrą obiadokolację oraz śniadanie.

Noclegi, za wyjątkiem pierwszego, planowaliśmy z dnia na dzień. Technicznie wyglądało to tak, że wieczorem dnia wcześniejszego sprawdzaliśmy dostępność i opinie na temat noclegów np. na portalu Booking.com, a następnie jechaliśmy do danej miejscówki bez rezerwacji. Zaletą tego typu działania było to, że przyjeżdżając na miejsce udawało nam się wynegocjować cenę za nocleg kilkanaście, a czasami kilkadziesiąt procent niższą niż oferta cenowa jaką widzieliśmy dzień wcześniej na ww. portalu.


Dużym zaskoczeniem były dla nas noclegi w hotelach w Er – Rich i Timahdite, w których nie serwowano żadnych posiłków.
Mimo, że spaliśmy głównie w ksarach i riadach byliśmy również przygotowani na nocleg pod namiotem i chociaż ani razu go nie rozkładaliśmy mieliśmy na wszelki wypadek cały sprzęt biwakowy.

Najbardziej egzotycznym noclegiem w trakcie wyjazdu miał być nocleg w obozie na Saharze w berberyjskim namiocie. Przygotowaliśmy się na taki survival, że nie zabraliśmy nawet szczoteczek do zębów. Jakież było nasze zaskoczenie, kiedy okazało się, że przydzielony nam namiot to dwie oddzielne sypialnie zaopatrzone w charakterystyczne marokańskie koce, na których leżały ręczniki kąpielowe, a w samym obozie znajdowały się jeszcze namiot łazienka, z toaletami i dwoma prysznicami, oczywiście z ciepłą wodą, namiot rekreacyjny i jadalnia. Oczywiście w campie był bardzo dobry zasięg Wi-Fi.

W ogóle, w każdym naszym miejscu noclegowym, za wyjątkiem kwatery na basenie Wi-Fi hulało na całego. Pozwalało to na swobodny kontakt ze światem, w tym na rozmowy telefoniczne z naszymi rodzinami i znajomymi w Polsce.
Wyżywienie.
Podstawą naszej diety były posiłki przygotowywane przez naszych gospodarzy, personel czy też właścicieli riadów i hoteli, w których nocowaliśmy. Praktycznie w 100% oparliśmy nasze posiłki o miejscową kuchnię zakupując jedynie po drodze wodę i batony na podbudowanie energii.

Jeśli chodzi o śniadania należy wspomnieć, iż co do zasady są one podawane na słodko. Dominują jako składniki świeże dżemy np. z truskawek czy pomarańczy i miód, czy też syrop daktylowy. Czasami pojawiają się jajeczko i serek topiony. W okolicach Merzougi jako smarowidło mieliśmy podane także masło z mleka wielbłądziego, praktycznie nieróżniące się w smaku od krowiego. Za suchą masę robi chleb kobza w ilości często nieograniczonej lub naleśniczki rghajf. Do picia przy śniadaniu podaje się w Maroko w zależności od gustu kawę lub marokańską herbatę „Berber Whiskey”. Bardzo często dodatkowo serwowany jest sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy.
Przemierzając Maroko na dwóch kółkach warto się zatrzymać na przekąskę. My staraliśmy się przegryźć coś codzienne, najlepiej kanapki z keftą podawane na ciepło, z oliwkami jako przystawką, a także ketchupem lub pikantną pastą harrisa.
Gastronomiczną kulminacją dnia była zawsze obiadokolacja. Praktycznie we wszystkich miejscach, w których nocowaliśmy i mieliśmy wykupioną obiadokolację serwowano nam żelazne pozycje kuchni marokańskiej tj. Tadżin – bardzo specyficzne danie sporządzane w glinianym garnku o takiej samej nazwie, składające się z duszonych warzyw z różnymi odmianami mięsa, odpowiednio przyprawione przyprawami orientalnymi, z których smak kuminu wybijał się zdecydowanie ponad inne. Ciekawą odmianą klasycznego tadżin-a jest tzw. Tadżin karia z dodatkiem jajek sadzonych i mięsem kefta. Nam przypadł on bardzo do gustu.
Bardzo smaczne są serwowane na metalowych szpikulcach szaszłyki z marynowanego mięsa zwane brochettes. Jako wypełniacz może Wam posłużyć bardzo pożywna zupa bazująca na ciecierzycy oraz soczewicy czyli harrira.
Podsumowanie.
Kończąc tego posta oczywiście należałoby zadać pytanie „Czy warto było jechać?”. Z resztą tego typu pytanie jest nam często zadawane przy różnych okazjach. Oczywiście odpowiedź jest twierdząca. Dla kogoś kto nigdy nie był na kontynencie afrykańskim, nie zetknął się z kulturą Maghrebu, a jedyne doświadczenie na temat krajów muzułmańskich ogranicza się do zjedzenia kebaba sporządzonego przez przysłowiowego Janusza, a w najlepszym wypadku przez osiadłego nad Wisłą Turka, jest to niesamowita przygoda. Maroko jest odmienne od jakiegokolwiek kraju europejskiego pod każdym względem. Z drugiej strony wszelkie zdobycze techniki są w nim zadomowione na całego. Po za tym serdeczność ludzi, szczególnie tych osiadłych na prowincji jest ujmująca.

Niebagatelną wartością dodaną jest też fakt, iż koszt dotarcia do Maroka i powrotu z niego jest stosunkowo niski, chociaż ceny na miejscu nie należą do najmniejszych i trzeba się liczyć z opłatami na poziomie funkcjonującym w Polsce.

Pod koniec długiego pobytu w Maroko trochę zaczęliśmy tęsknić za Europą, za ludźmi z naszego kręgu kulturowego, o Polsce nie wspominając, jednak po jakimś czasie pojawia się myśl typu – szkoda, że już nas tam nie ma.

Może tam kiedyś wrócimy, może przy innej okazji niż wyprawa rowerowa, może w inne rejony Maroka. Na pewno jednak Maroko pozostanie na długo w naszej pamięci i sercu.



2 komentarze
Joanna
Bardzo ciekawe, dobrze się czyta.
admin
Cieszymy się, że się podobało. Zapraszamy do lektury innych postów, a najlepiej do prenumeraty newslettera.
Pozdrawiamy.