
Maroko Tour- Dni 8- 10
Przez ostatnie dni było u Nas cicho a to z powodu braku dostępu do Internetu ale również częściowo braku ciekawych do przekazania informacji.
W dniu 8 przejechaliśmy najwięcej jak dotychczas kilometrów bo 112 i to chyba najciekawsza informacja tego dnia.
W odróżnieniu od jazdy w terenie górskim, która obfituje w różnorodne krajobrazy jazda po terenie płaskim w kierunku Sahary okazała się być krajobrazowo potwornie nudna.
Kiedy dwa lata temu jadąc przez Węgry myśleliśmy, że nie spotka Nas nic bardziej nudnego od widoku naprzemiennie kukurydzy i słonecznika myliliśmy się. Przez 112 km dnia 8 jazdy (oraz 85 km dnia 9) widzieliśmy głównie kamienie i pojedyncze krzaki. Co jakiś czas zza krzaków lub sterty kamieni wyłaniały się watahy dziko żyjących psów. W odróżnieniu od wiejskich burków latających luzem po polskich wsiach w tym przypadku nie istnieje ryzyko odgryzienia rowerzyście łydki, gdyż psy nie interesują się zbytnio przemieszczającymi się pojazdami, w tym rowerami. Kilka razy widzieliśmy jak niosą w pysku świeżo upolowane ptaki albo szynszylopodobne.


Od czasu do czasu z nudy wyrywały Nas dopingujące klaksony samochodów i kamperów.
Po przejechaniu około 100km z wiatrem wiejącym prosto w twarz zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem. Wiedzieliśmy, że tego dnia może być ciężko z nocowaniem w pensjonacie bo na mapie nie było żadnej informacji o noclegach a jadąc w kierunku miejscowości El Jorf kilkakrotnie usłyszeliśmy, że nie ma tam żadnego pensjonatu.
Po zajechaniu na kolejną stację benzynową i uzyskaniu po raz kolejny informacji, że najbliższy hostel znajduje się 30 km dalej właściciel stacji widząc nasze zmęczone miny zaproponował Nam nocleg „na basenie”. Okazało się, że jest on również właścicielem położonego obok stacji ogrodzonego basenu, który patrząc na stan budynku w którym spaliśmy prawdopodobnie szykował się do otwarcia ale nigdy do niego nie doszło. Miejscowy Monsieur był bardzo uprzejmy, pokazał Nam miejsce na stacji gdzie możemy się umyć i zapytał „czy odpowiada Nam pokój”. Pokój oczywiście odpowiadał Nam jak najbardziej, głównie z uwagi na fakt, że mimo konieczności spania na kaflowej podłodze było to zadaszone pomieszczenie z zamykanymi drzwiami oraz dostępem do wody i toalety. Równie dobrze mogliśmy skończyć pod namiotem gdzieś pomiędzy górą kamieni a krzaczorami, bez dostępu do wody, w związku z czym zaproponowane Nam (na dodatek za darmo) warunki wydawały się wręcz idealne. Z tarasu budynku przylegającego do basenu oglądaliśmy wieczorem rozgwieżdżone niebo.



Rano wstaliśmy skoro świt żeby przejechać tym samym pasjonującym krajobrazem kolejne 85 km. Około 10 kilometrów przed Saharą krajobraz zmienił się na nieco bardziej piaszczysty, ale nadal monotonny. Piaski Sahary dojrzeliśmy dopiero ok 2 kilometry przed celem podróży.


Dnia 9 ciekawą rzeczą okazał się napotkany po drodze ale niestety nie sfotografowany znak drogowy „uwaga tornado”. Mały wir powietrzny udało Nam się zauważyć kilka kilometrów dalej. Być może uda Nam się jeszcze sfotografować ten znak chociaż dla Nas lepiej aby już go nie było 😉
Kolejną atrakcją dnia był również spektakularny upadek Kierownika ekipy, który wjeżdżając na żwir wpadł w dziurę. Niestety w pełni obładowane rowery mają to do siebie, że ciężko Nad nimi zapanować jak już wpadną w poślizg a lądowania nie ułatwiły zapięcia SPD przez co Paweł może się teraz poszczycić ranami bojowymi w postaci siniaków, obdrapań i lima pod okiem pozostawionego przez okulary. Na szczęście poza powierzchownymi ranami i obitym nadgarstkiem nie stało się nic poważnego.

Naszym celem dnia 9 była miejscowość Merzouga nad Saharą. Udało Nam się do niej dotrzeć już koło godziny 14 dzięki czemu zdążyliśmy poprosić o wielbłądzią wycieczkę na pustynię. Nasz gospodarz pozwolił Nam również pozostawić bagaże, schować rowery i wykąpać się przed podróżą.
Po obejrzeniu na YouTubie filmików z wielbłądzich wypraw przygotowaliśmy się jak na spartańskie warunki na Syberii. Tj. nie braliśmy ręczników, żeli pod prysznic (no bo gdzie się wykąpiemy?) oraz zabraliśmy ze sobą pełno kurtek, śpiworów, polarów i czapek.

Podróż na wielbłądach zawiodła o tyle, że prowadzący karawanę Berber szedł przed Nami a nie jechał na wielbłądzie, poza tym okazało się być całkiem ciekawie, szczególnie ze względu na widoki. Chociaż wielbłąda jako środek transportu nie polecamy, wyjątkowo niewygodny 😉



Po około 1,5h jazdy dotarliśmy do obozu „Mustapha Camp Merzouga”. Jak się okazało był to jeden z naszych najlepszych jakościowo noclegów. W namiotach było ciepło, znajdowały się w nich gniazdka elektryczne, toaleta była wiele lepszej jakości niż większość tych z pensjonatów (oczywiście były też prysznice i ręczniki dla każdego) a Mustapha, właściciel pola namiotowego okazał się być przesympatyczną osobą, która zagadywała wszystkich w ich języku. Oprócz Nas noc na pustyni spędzili Niemcy, Hiszpanie, Czesi i Francuzi. Po przyjechaniu do obozu, wypiciu powitalnej berber whiskey i zwiedzeniu okolicznych wydm zjedliśmy typową berberyjską kolację. Po niej nastąpiła część rozrywkowa a mianowicie koncert bębnowy, którego wysłuchaliśmy już z namiotu oraz ognisko, do którego z powodu zmęczenia podróżą nie udało nam się dotrwać. Zdecydowanie zawiodło Nas niebo nad Saharą, na którym z powodu zachmurzenia niewiele było widać gwiazd. Jak się okazało po przyjeździe, na kempingu było również w pełni hulające WiFi, jednak niegotowi na tak luksusowe warunki niezabieraliśmy ze sobą tableta żeby opublikować posta.



O godzinie 7 rano zostaliśmy obudzeni oklaskami, żeby wstać i podziwiać wschód słońca nad Saharą. Co prawda był to bardziej wschód słońca nad Algierią, której granica przechodzi tuż obok ale nadal wyglądał ładnie 😉

Po tradycyjnym berberyjskim śniadaniu (chlebek khobza, dżemy i jajka) oraz kolejnym „Welcome my polish friend, welcome to Morocco” znów wsiedliśmy odbijać tyłki na wielbłądy. Okazało się że wielbłądy nie mają imion tylko kolory tak więc Paweł jechał na brązowym, Konrad na bardziej brązowym, ja na trzecim z kolejności brązowym, a Szafa na najbrązowszym.


Po powrocie do pensjonatu zrobiliśmy duże pranie i poszliśmy na miasto kupić kilka pamiątek (jak się okazało w trakcie negocjacji cena dla żony za chustę zapłacona w drugi dzień jazdy była 3x wyższą ceną niż cena regularna).





Przed Nami jeszcze kolacja a od jutra droga powrotna w góry co oznacza cięższe trasy ale też prawdopodobnie pogarszającą się pogodę. Na jutro zaplanowaliśmy 85 km.
Trasa dzień 8:
Trasa dzień 9:


Jeden komentarz
Marta
Obłędne widoki! Jakie były temperatury w okolicach
Sahary? Ze zdjęć ciężko wywnioskować czy 50 czy 15 st C😉 To skandal żeby wielbłądy nie miały imion…😔