
Z powrotem w gościnnej Serbii – XVI dzień wyprawy.
Budzimy się skoro świt. Około 5:30 jesteśmy już na nogach. Wszystko jest pieruńsko mokre. Pakujemy się dość szybko jak leci i bez śniadania, o łyku wody ruszamy na trasę. “Mgła konia dusi”. Mimo to jest dosyć ciepło.

Dzień wcześniej zrobiliśmy trochę dzisiejszego podjazdu więc jedzie nam się przyjemnie na dość znacznej wysokości. Mijamy pojedyncze domostwa, ostatnie meczety na trasie.

Po ponad godzinie od startu wyjeżdżamy ponad pułap chmur. Robi się bardzo przyjemnie w słoneczku. Korzystamy z tej okazji i na pięknej, widokowej łące urządzamy śniadanie. Gotujemy wodę na owsiankę, rozwieszamy na płocie mokre namioty, napawamy się widokami na potężny masyw Mokra Gora.



Powoli podchodzi do nas stado owiec i kieruje się w stronę naszego śniadania. Trochę się wystraszyliśmy, że staranują nasz “stół”, ale na szczęście towarzyszący im pasterz w porę zainterweniował, a owce zmieniły kierunek marszu.
Chwilę rozmawiamy. Zdawkowe pytania typu: Skąd jesteście? Jak długo jedziecie? Dokąd zmierzacie? Jest dość sympatycznie, jak to na Bałkanach.


Nasze namioty powoli dosychają więc możemy ruszać dalej. Trochę się nie chce. Słoneczko rozleniwia. Jednak do granicy serbskiej jest jeszcze kawałek drogi, na szczęście po lekko pofalowanym terenie, bez jakichś większych podjazdów. O dziwo dzisiaj będą dominować zjazdy i jazda po płaskim. Rzecz nie zdarzająca się na naszym wyjeździe zbyt często.

Jedziemy więc do Serbii, w której lądujemy po ok. 40 – tu minutach jazdy. Na przejściu granicznym skończył się niestety asfalt. Krótka odprawa graniczna dokonana przez znudzonych, czarnogórskich pograniczników i ruszamy do “terminalu” serbskiego oddalonego od czarnogórskiego o jakieś 5 km. Jedziemy w dół po międzynarodowej drodze w stanie iście z XIX wieku. Towarzyszą nam potworne kamienie, czasami szuter, czasami klepisko. Droga jest kompletnie “rozpirzona”. Nie wiem kto nią zarządza, ale ostatecznie taki jej stan trwał jeszcze przez około 10 km, już na terytorium Serbii, w zasadzie do przedmieść Tutina.
Brniemy więc przed siebie oby dalej i przed samym Tutinem stajemy. Wojtek znowu złapał kapcia. Szybka naprawa i zjeżdżamy na stację benzynową w Tutinie, na której zaganiamy po kawce i dopompowujemy koła.


Następny postój, z małym obiadkiem zaplanowaliśmy w miejscowości Novi Pazar. Jednak przy wyjeździe z Tutina pojawiają się znaki informujące, że droga jest nieprzejezdna ze względu na remonty. Widzimy jednak, że samochody nic sobie z tego nie robią i jadą przed siebie. Postanawiamy również zaryzykować. Najwyżej będziemy kombinować jak pojawią się problemy. Generalnie jeszcze nie było w mojej karierze takiego remontu drogi, przez który nie dałoby się przepchać roweru.


Nam jednak się udaje. Okazuje się, że droga w całości jest wyremontowana i jedynie ze względu na brak odbiorów nie jest jeszcze oddana do użytku. Dlatego też na długich jej odcinkach nie ma żadnego ruchu, szczególnie w miejscach naszych długich zjazdów.
Dzięki temu w dość szybkim tempie udaje nam się dotrzeć do restauracji na deptaku spacerowym w Novim Pazarze.
Novi Pazar budzi mieszane uczucia. Z jednej strony ciekawa architektura z zabytkową twierdzą na czele, z drugiej ogólnobudowlany nieład rodem z Maroka czy Turcji. Może to efekt dość sporej mniejszości muzułmańskiej i akceptowalności pewnego, swojskiego bałaganu? Nie wiem.
Na pewno deptak zlokalizowany przy ul. 28 Listopada, będący centrum gastronomicznym miasta, sprawia przyjemne wrażenie. Kilka fajnych knajpek, muzyka sącząca się z części lokali, uśmiechnięci kelnerzy. Wszystko to zachęca do skorzystania z oferty gastronomicznej miasta.
Sadowimy się więc w jednej z knajpek i decydujemy na mały lunch. Na stole pojawia się zachwalana przez Mariusza zupa mercimek, turecka odmiana marokańskiej hariry, ale bez kiszonej cytryny. Mercimek to nic innego jak zupa krem z soczewicy i innych warzyw podawana na ostro z lokalnym, świeżo pieczonym lub odgrzewanym pieczywem. Bardzo sycąca. Według mnie na 5+. Na popitkę miejscowa odmiana coca – coli czyli Cockta.
Zastanawialiśmy się skąd taka zupa w Serbii? Jednak widoczna gołym okiem mniejszość muzułmańska, kobiety ubrane w burki i czadory, wyłaniające się dość często minarety meczetów oraz bliskość granicy z Kosowem (ok. 5 km w linii prostej) wyjaśniają wszystko.
W restauracji spędzamy około godziny, jednak po tym czasie musimy jechać dalej. Do mety mamy jeszcze około 20 km, na szczęście generalnie z góry.
Wybieramy boczną, mniej ruchliwą drogę, trochę przypominającą bośniacką Ćiro, ale w nieco gorszym stanie technicznym, która po godzinie doprowadza nas do Raški, małego przygranicznego miasta niczym nie różniącego się od szeregu innych zlokalizowanych na kosowskim pograniczu.
Po wilgotnej nocy w namiocie postanawiamy w tym dniu zanocować pod dachem. Jednak Raška to nie Szklarska Poręba. Pensjonatów jak na lekarstwo, a i ceny trochę zwalają z nóg. Po sondażu przeprowadzonym w spożywczaku lądujemy na obrzeżach miasta w pokoju z lat 90-tych za jedyne 10 Euro od osoby.
Po krótkiej toalecie wracamy kilka kilometrów do miasta na obiad. To jedna z ostatnich okazji na delektowanie się wspaniałą, bałkańską kuchnią. Ostatecznie trafiamy do małego baru prowadzonego przez miłą panią zachęcającą nas do zasiadu. Nie pozostaje nic innego jak spocząć i zachwycać się lokalną kuchnią i craftowym piwem serwowanym w lokalu.

Jedzenie było pyszne i z pełnymi brzuchami mamy problemy z wejściem na rowery, jednak udaje nam się ostatecznie ruszyć i dojechać z powrotem na miejsce noclegu.
Jeszcze jakieś małe piwo, zerknięcie na mapę jutrzejszego, ostatniego dnia jazdy, z ostatnim 30-to kilometrowym podjazdem wyprawy, małe pranie i odpadamy.
Co pokaże jutrzejszy dzień? Dokąd dojedziemy? Wszystko przed nami?

