
Najbrzydsza stolica Bałkanów (i nie tylko) – XIV dzień wyprawy.
Nastał kolejny dzień wyprawy. Po szybkim spakowaniu bagaży ładujemy je na rowery i żegnamy gościnny pensjonat. Jako, że nie mieliśmy nic na śniadanie zajeżdżamy do miejscowego spożywczaka. Szybkie zakupy pieczywa, serka typu “Almette”, jakaś szyneczka, jogurcik i jesteśmy szczęśliwi.

Całość “pędzlujemy” na ławeczce w miejscowym parku.
Po tym ekskluzywnym śniadanku wyjeżdżamy z Virpazar i wskakujemy na główną drogę do Podgoricy.

Ruch na drodze jest dość duży przez co nie jedzie się zbyt komfortowo. Może dlatego jedziemy dosyć szybko, chociaż zdarzają się też przerwy. A to ostatnie spojrzenie z grobli na Jezioro Szkoderskie i obowiązkowe pstryknięcie kilku fotek, a to postój przy lokalnym straganie i konsumpcja świeżych owoców.



Mocne tempo jazdy pozwala nam na w miarę szybkie dotarcie do rogatek Podgoricy, na których musieliśmy nieco zwolnić, a nawet w pewnym momencie zostaliśmy zatrzymani przez miejscową policję.
Okazało się, że naszą drogą przemieszcza się, z pobliskiego lotniska, kolumna samochodów z jakimś oficjelem z Finlandii, premierem czy prezydentem. Świadczyły o tym samochody wyposażone w fińskie proporczyki.

Kolumna minęła nas dość szybko i ruch pojazdów został przywrócony. Ruszamy więc dalej do centrum miasta. Normalnie byśmy się w nim nie zatrzymywali, ale okazało się, że przy wymianie złamanej szprychy w rowerze Mariusza źle została założona kaseta co powodowało problemy w trakcie zmieniania biegów.

Wjeżdżamy więc do centrum Podgoricy i szukamy jakiegoś serwisu rowerowego. Niestety nie było to proste. Zaliczamy jeden serwis, ale okazuje się że mechanik niby został okradziony i nie ma odpowiednich narzędzi do naprawy kasety, w kolejnym serwisie podobna sytuacja. W końcu jak to mówią do trzech razy sztuka – udało się w trzecim serwisie.

Na naprawę roweru trzeba poczekać kilka godzin. Nie pozostaje więc nic jak po prostu zgubić ten czas w jakimś w miarę atrakcyjnym miejscu. Jedziemy więc z Wojtkiem rowerami w kierunku placu Niepodległości, który ma pełnić rolę quasi rynku, a Mariusz dochodzi do nas pieszo. W tym miejscu spędzamy kilka godzin, wprawdzie w cieniu, ale w dość wysokiej temperaturze.


Nie wybieraliśmy się gdzieś dalej, gdyż w Podgoricy nie ma nic do zwiedzania. W tym miejscu chciałbym nawiązać do tytułu. Może jest to moje subiektywne odczucie, ale Podgorica była najbrzydszym miejscem opisywanego wyjazdu. W mieście nie ma de facto żadnych zabytków, nie ma również jakiś kultowych miejsc, bulwarów spacerowych czy czegoś w tym stylu. Jest to po prostu miasto, w którym wypadało założyć stolicę Państwa bo miało ono np. lotnisko. Postkomunistyczny wygląd, brak jakiegokolwiek punktu, na którym można by “zaczepić” oko powoduje, że z Podgoricy chce się jak najszybciej uciec.

Nam ta sztuka udała się po kilku godzinach, po naprawie kasety, w okolicach 15:00.
Wracamy więc na trasę, znowu na główną drogę prowadzącą z Podgoricy w kierunku Kolasina. Znowu musimy uważać na mijające nas z dużą prędkością samochody. Na szczęście nie jedziemy w tym “taśmociągu” zbyt długo, gdyż po przejechaniu ok. 12 km przejeżdżamy mostem w Bioce na drugi brzeg Moracy i zaczynamy 35 – kilometrowy podjazd w kierunku na Matesevo.

Przed wyjazdem zastanawiałem się czy jechać właśnie tą główną drogą czy też boczną. Wybór nie był oczywisty, gdyż trzeba przyznać, że widoki w trakcie jazdy kanionem Moracy są naprawdę wspaniałe o czym miałem możliwość przekonać się kilka lat temu jadąc tą drogą samochodem.

Jednak widoki to nie wszystko. Bezpieczeństwo jazdy zdecydowało o wyborze drogi lokalnej, na której przejeżdżający obok nas samochód był rzadkością, a i rozległe górskie panoramy syciły nasze oczy swoim ogromem.
Jedzie nam się stosunkowo ciężko, głównie przez doskwierający o tej godzinie upał. Trochę się martwimy, gdyż zapasy wody ubywają bardzo szybko, a na trasie prawdopodobnie nie będzie żadnego sklepu (przynajmniej nie ma go na mapie).

Po zrobieniu w pewnym momencie dość dużej wysokości, we wsi Klopot zaczęliśmy rozglądać się za wodą, a konkretnie jakimiś ludźmi, którzy pozwoliliby nam zatankować u siebie kranówkę. Kiedy tak staliśmy podeszła do nas Pani i zaproponowała nabranie wody wiadrem, z dość głębokiej studni. Tak dobrej, zimnej wody dawno nie piliśmy. Niestety w trakcie dalszej jazdy woda zaczęła się szybko nagrzewać i co tu dużo mówić nie starczyła na zbyt długo.



Powtarzamy numer z wodą w wiosce Pelev Brijeg. Uderzamy do starszej pani krzątającej się wokół obejścia i prosimy o wodę. Tak jak się spodziewaliśmy nie odmawia. Tankujemy więc bidony i zamierzamy jechać dalej. Jednak na wodzie się nie skończyło. Nasza dobroczyńczyni kiedy dowiedziała się, że jesteśmy z Polski proponuje kawę. Oczywiście korzystamy z zaproszenia. Spędzamy w tym miejscu około 40 minut. Okazuje się, że starsza pani była kiedyś księgową, chyba w Podgoricy, a obecnie jest na emeryturze. Zna nasz kraj stosunkowo dobrze gdyż przyjeżdżała do nas na wycieczki. Z rozrzewnieniem wspomina pobyt w Krakowie, Warszawie czy Gdańsku.

Niestety musimy się pożegnać. Jest już dość późno, a my mamy jeszcze kawał drogi do przejechania. Żegnamy się więc i ruszamy dalej, Upał nie ustaje, a kilometry podjazdu mijają strasznie wolno.
Kilka kilometrów dalej czeka nas niespodzianka. W wiosce Bolesestra zauważamy parasole gastronomiczne. W prawdzie nie była to knajpa, a mały sklepik spożywczy, jednak zimna cola smakowała jak najlepszy francuski szampan.
Trochę jesteśmy zajechani, a do szczytu wzniesienia pozostaje jeszcze jakieś 5 km. Ruszamy dalej i żeby nie było tak wspaniale doskakują do nas dwukrotnie małe, składające się z kilku osobników, nieco zdziczałe sfory psów. Jest naprawdę niebezpiecznie. Dodatkowo jesteśmy zaskoczeni, że właściciele psów widząc ich atak na nas w ogóle nie reagują. W efekcie zsiadamy z rowerów i zasłaniając się nimi powoli oddalamy się od niebezpieczeństwa.
Co róż mijamy chińskich budowlańców, którzy budują nieopodal autostradę. Mimo, że przebywają w lesie, na “zadupiu”, wszyscy noszą maseczki.

Powoli kończymy podjazd, na końcówce którego zniknął nam z pola widzenia Mariusz. Niestety upał dał nam się mocno we znaki. Czekamy więc z Wojtkiem na niego i po kilku minutach, już wspólnie, mkniemy w dół szukając miejsca do rozbicia namiotu.
Nie wygląda to jednak różowo. Dolina którą jedziemy jest bardzo wąska, brak jest płaskich miejsc do rozbicia namiotu. Jednocześnie szukamy noclegu również pod dachem, nawet u kogoś w stodole.

Po kilkunastu minutach poszukiwań dojeżdżamy do restauracji “Ribnjak” między Suvo Polje, a Cucevica. To taki trochę “Disneyland” w wydaniu ludowym. trochę zakamarków, trochę mostków z wodospadzikami, trochę wieżyczek. Nie wiem czy to folklor czy kicz.



W restauracji zamawiamy ciepłą zupę i jednocześnie widząc kawałek płaskiego pytamy o możliwość rozbicia namiotów. Okazuje się, że nie ma problemu, jednak właściciele zwracają uwagę, że szykuje się bardzo zimna i wilgotna noc (mamy spać przy potoku) więc sugerują skorzystać z pokoi gościnnych, którymi dysponują.
Trochę się wahamy, ale faktycznie, mimo że jest ok. 20:00 rosa już się ścieli na trawie. Postanawiamy więc nocować pod dachem, w dość klimatycznym pokoju zrobionym trochę na ludowo. Ważne, że nie kapie na głowę i jest gorący prysznic.
Pozostaje jeszcze zjeść zamówioną na obiadokolację zupę, wypić po piwie i kilku kieliszkach rakiji i walnąć się do wyra. To był naprawdę dość ciężki dzień.
Mapa z dzisiejsza trasą:

