
Przez granice w stronę Czarnogóry – Dzień II wyprawy.
Po dość kiepsko przespanej nocy, przynajmniej jeśli chodzi o mnie zaczęliśmy się krzątać po naszym pustym campingu gdzieś około 6:00. Ktoś pierwszy otworzył zamek namiotu, coś spadło ze stołu na betonową podłogę, ktoś ruszył w kierunku łazienki po zroszonej nocą trawie.

Nie spieszyliśmy się zbytnio, gdyż nasze namioty mimo braku deszczu były mokre i trzeba je było trochę wysuszyć. Pomału przygotowywaliśmy śniadanie, pakowaliśmy sakwy i szykowaliśmy się do drogi. Trochę się obawialiśmy czy ktoś nas mimo wszystko nie przyskrzyni na campingu za nielegalne wejście.

Po tych wszystkich ceremoniach wstępnych na trasę udało nam się wyjechać ok. 9:00, a pierwsze ruchy korbą zaprowadziły nas w stronę miniętej w dniu poprzednim stacji benzynowej w celu wypicia porannej kawy.

Kawka, kontakt przez Internet ze światem, telefony do domu i ruszamy na trasę. Trochę się chmurzy, ale liczymy na to, że uda nam się mimo wszystko jakoś uciec przed zbliżającą się burzą.

Od początku jedzie nam się trochę ciężko. Mimo wczesnej pory jest dość parno i upalnie. Pomału, niepozornie zaczynamy nasz pierwszy 300 – metrowy podjazd w tym dniu.
Na szczęście teren nie wznosi się zbyt gwałtownie i nie zabija przyjemności jazdy.
Powoli zaczyna zmieniać się krajobraz z typowo “beskidzkiego” na bardziej skalisty. Cały czas mimo pozornych krótkich zjazdów wspinamy się do góry jadąc kanionem rzeki Rzav. Przejeżdżamy przez kolejne tunele podziwiając zmysł budowniczych biegnącej wzdłuż drogi linii kolejowej wijącej się w zakolach rzeki.



Z głównej drogi skręcamy w wiosce Donji Dobrun i tutaj zaczynamy właściwy podjazd na Przełęcz Beli Brdo.
Mimo, że jedziemy drogą “wojewódzką” ruch samochodowy jest szczątkowy. Mijamy kolejne wioski przetykane szachownicą łąk i pól. Gdzieś w dali pieje kogut, ryczy krowa. Jest dość sielsko jak na XXI wiek.

W tej miłej atmosferze po niecałych dwóch godzinach wjeżdżamy na przełęcz po drodze zaliczając jeszcze sklep spożywczy, w którym postanawiamy się nawodnić. Nie przewidzieliśmy tego, że jest to nasz ostatni sklep na trasie w tym dniu, czego konsekwencje zarówno te negatywne jak i pozytywne odczujemy na własnej skórze, jednak nie będę uprzedzał faktów. O tym później.


Z przełęczy szybko zjeżdżamy w stronę granicy serbskiej. Początkowo ostro w dół, następnie po płaskim kilka kilometrów i docieramy do bośniackiego posterunku granicznego. Miejsce jest dość zapyziałe. Znudzeni strażnicy kontrolują nasze paszporty i podnoszą drewniany szlaban graniczny. Jesteśmy można powiedzieć na ziemi niczyjej. Serbski posterunek graniczny jest kilka kilometrów dalej. Jak się później okaże taka praktyka jest tutaj powszechna.
Droga nieco się pogorszyła, ale jak na jej międzynarodowy charakter nie było jeszcze tak najgorzej, kilka dziur, trochę garbów, ale i tak co by nie powiedzieć był asfalt.
O tym, że wjeżdżamy w obszar serbskiej jurysdykcji informuje nas napotkana przy drodze tablica, a chwilę za nią serbski posterunek graniczny. Znowu wyciąganie paszportów zdawkowe pytania skąd i dokąd jedziemy, jak nam się tutaj podoba itp.
Na wieść, że w tym dniu zamierzamy dotrzeć do Pljevlji w Czarnogórze strażnik trochę złapał się za głowę komentując ten fakt życzeniami dobrej jazdy na bardzo stromym i ciężkim podjeździe.
Oczywiście byliśmy przygotowani na ten 30 – kilometrowy podjazd i prawie 1000 metrów wspinaczki jednak kilka rzeczy w trakcie jego pokonywania trochę nas zaskoczyło.
Naszym największym błędem było nie zrobienie zapasów picia na drogę. Po kontroli granicznej zajechaliśmy wprawdzie do większej miejscowości, a mianowicie Uvaca, w której było kilka sklepów, ale doszliśmy do wniosku, że skoro jest to droga do granicy państwowej z Czarnogórą, a na mapie jest zaznaczonych kilka wiosek to nie ma sensu nadmiernie się obciążać, gdyż po prostu napijemy się w mijanych po drodze sklepach.
Jedziemy początkowo dość gęsto usiany serpentynami, trochę w cieniu, trochę na słońcu. “Patelnia” jest dość mocna, grzeje niemiłosiernie.
Poniżej kilka fotek z kanionu Luminy.




Znowu zaczynają się pojawiać skaliste, górskie granie, czy też głębokie doliny z płynącymi gdzieś w kanionach potokami. Trochę jedziemy, trochę fotografujemy i filmujemy. Nie spieszy nam się zbytnio. Szkoda by było przejechać beznamiętnie obok takich widoków.
Droga międzynarodowa, acz lokalna. Samochody jak wcześniej tak i teraz z rzadka się pojawiają. Może to dlatego, że mimo zaznaczenia na mapie kilku wsi są one w dużej mierze wymarłe lub w ogóle ich nie ma, chociaż przy drodze stoją tablice informujące, że wjechaliśmy do wsi.
Efektem tej sytuacji był brak możliwości zakupu jakichkolwiek płynów czy jedzenia, a woda w bidonach w zasadzie była na ukończeniu.
Pierwsza nadzieja na poprawę tego stanu pojawiła się w osadzie Bucze 10 kilometrów przed granicą Serbii z Czarnogórą.
Sytuacja była dość kuriozalna. W Bucze znaleźliśmy bowiem nieczynny sklep spożywczy, w którym znajdowała się lodówka napojowa wypełniona piwem, colą i rakiją. Niestety sprzedawcy nigdzie nie było, a o zasiedleniu miejsca świadczył pracujący nieopodal trak i dym wydobywający się z komina domu położonego obok sklepu.


Kierujemy się więc do domu, jednak bez spodziewanego efektu. Pani go zamieszkująca nie ma nic wspólnego z umieszczonymi w lodówce napojami. Nie wie gdzie można kupić coś do picia czy jedzenia.
Widząc jednak naszą bezradność zlitowała się nad nami i zaproponowała kawę. Skrzętnie zaakceptowaliśmy propozycję dziękując za okazane serce.
Kiedy kawa pojawiła się na stole nasza Pani po raz kolejny nas zaskoczyła pytając czy mamy może ochotę na zupę. Nasze zaskoczenie było wielkie. Bardzo podziękowaliśmy za ofertę i chcieliśmy zapłacić za te wszystkie dobra, jednak spotkaliśmy się z kategoryczną odmową przyjęcia jakiejkolwiek gotówki.
Po kilku minutach dostaliśmy gar zupy z pysznym, świeżo wypieczonym chlebem, ogórki, paprykę i własnej roboty ser, ale nie tylko. Zupie towarzyszył jeszcze duży talerz świeżo upieczonego mięsa.
W efekcie kawa przerodziła się w pełny, dwudaniowy obiad i to w dodatku za darmo. Nie mogliśmy się nadziękować za te wszystkie dobra. Jednak bezinteresowność i empatia są jeszcze na tym świecie.
Fajnie się siedziało i rozkoszowało pysznościami, jednak trzeba było ruszać dalej. Niestety tuż przed startem na ostatni, 10 – kilometrowy podjazd do granicy rozpętała się burza, która w zasadzie podążała za nami od samego rana.
Cóż zrobić? Musieliśmy przeczekać ten stan chociaż trochę. Po pół godzinie deszcz ustał i można było ruszyć dalej. Jeszcze kilka serpentyn i będziemy na górze. Deszcz jednak nie ustępuje. Raz pada, raz przestaje. Na przemian zakładamy i ściągamy kurtki. Jest dość parno.
Do granicy dojechaliśmy już w zasadzie w regularnym deszczu, jednak po jej przekroczeniu na dobre przestało padać.
Dodatkowo czekała nas nagroda, czyli 14 – kilometrowy zjazd do Pljevlji, sporego czarnogórskiego miasteczka z dużą diasporą muzułmańską, o czym świadczył miejscowy meczet i nawoływania muezina do modlitwy.

Zanim jednak dojechaliśmy do Pljevlji pojawia się problem. Mariusz łapie gumę. Dopompowuje rower i jedziemy dalej szlakiem MTB bo miało być krócej.
Krócej nie znaczy szybciej. Po kilkuset metrach zjazdu Mariusz decyduje się zawrócić i jednak pojechać asfaltem nadkładając kilka kilometrów. Dajemy mu adres naszego pensjonatu, w którym mamy dzisiaj nocować i umawiamy się na miejscu.
Ruszamy w dół z Wojtkiem. Droga jest makabryczna. Mnóstwo kamieni, kolein, osypującego się gruntu i błota. W efekcie po niecałym kilometrze jazdy Wojtek również łapie kapcia. Tak jak w przypadku Mariusza umawiamy się na dole. Ruszam więc sam do Pljevlji i pensjonatu, do którego udaje mi się dotrzeć po kilkudziesięciu minutach.
Miałem nadzieję, że Wojtek mnie dogoni, jednak nie udało mu się (zaliczył jeszcze po drodze kraksę).
Na miejscu zbieramy się przez kilka godzin. Najszybciej dotarł Wojtek, z którym rozgaszczamy się w pokoju, zażywając w międzyczasie kąpieli, robiąc małe zakupy na mieście i czekając na Mariusza.
Ten pojawia się dopiero przed godziną 22-gą, dość mocno zmęczony, z dziurawą dętką. Zamiast odpoczywać trzeba jeszcze zająć się rowerem i dopiero po tym czasie można zażyć relaksu , na który nie ma już zbyt wiele czasu.
Kładziemy się spać po północy z nadzieją na ciekawy kolejny dzień jazdy. Durmitor już czeka.

