OKOŁOTREKKINGOWO,  REGIONY,  RUMUNIA,  SPORT I PODRÓŻE,  TRENINGI I WYPRAWY GÓRSKIE,  Z PAMIĘTNIKA KIEROWNIKA- WSPOMINKI NIEROWEROWE

Wędrówka grzbietem Alp Rodniańskich

Budzę się przed szóstą. Jest już jasno. Nie ma co, trzeba wstawać. Wychylam głowę z namiotu i powoli gramolę się na zewnątrz. Nieopatrznie dotykam plecami mokrego od wewnątrz tropiku namiotu. O Boże, jak mokro i zimno. W dolinach zalega mgła, a koło nas pojawiają się pierwsze promienie słońca. Rosa zalega na trawie, przez co sandały mam mokre już po pierwszych krokach, kiedy trzeba pójść i się po prostu wysikać.

Kolejne wyzwanie. Mycie w potoku. Zęby w trakcie mycia strzelają od lodowatej wody, ale daję radę. Nabieram jeszcze wody do gara i wracam do obozowiska. Nastawiam kawę. Powoli słyszę niemrawe ruchy w namiotach, ktoś wychyla głowę, ktoś po cichu mówi „ K…a ale w nocy było zimno!”.

Tak często wygląda pobudka i poranek, kiedy jesteśmy rozbici namiotami wysoko w górach. Ktoś może powiedzieć, że tak postępują chyba masochiści. Może.

Jednak łyk ciepłej kawy czy herbaty z takimi widokami jakich doświadczamy nocując w namiotach na grani nigdzie nie smakuje tak jak tam.

Nie inaczej było podczas naszego przejścia grzbietowego Alp, tudzież Gór Rodniańskich.

Zanim jednak do tego doszło trzeba było ten wyjazd zaplanować, skrzyknąć ekipę, co nie jest wcale takie łatwe, kiedy jest nas np. 5-ciu, każdy pracuje w innej firmie, w innych miastach, ma inne zobowiązania rodzinne czy zawodowe, a co najważniejsze zdecydować się gdzie ostatecznie jedziemy.  Nam szczęśliwie udało się wszystko dograć i w efekcie pewnej sierpniowej nocy ruszyliśmy w nieznane, ku granicom Słowacji, Węgier i Rumunii, ku majestatycznym Alpom Rodniańskim.

Pewnie część z Was jest ciekawa co to za góry.

Otóż Góry Rodniańskie, a jak kto woli Alpy Rodniańskie to najwyższe pasmo Wewnętrznych Karpat Wschodnich, położone w całości na terytorium Rumunii. To piękne pasmo górskie ma ok. 50 km długości i 30-40 km szerokości, a jego rzeźba przypomina wyglądem Tatry Zachodnie, chociaż na całym ich terenie występuje wiele wychodni skalnych, nawet w niżej położonych partiach gór. Tak się składa, że dwa najwyższe szczyty masywu, Pietrosul (2 303 m) i Ineul (2279 m), są położone na początkach pasma, odpowiednio na zachodzie i wschodzie.

Wróćmy jednak do wyprawy. Wyjechaliśmy z Wrocławia ok. godz. 2.00. Początkowo podróż mijała nam ekspresowo. Kilometry połykane na autostradzie z Wrocławia w kierunku Krakowa szybko leciały, jednak od zjazdu w okolicach Brzeska jechaliśmy już wolniej, chociaż nasz kierowca Robert miał dość ciężką nogę. Po przejechaniu ok. 1000 km, zaliczając kilka przerw udało nam się dotrzeć w godzinach popołudniowych do Borsy, docelowego miejsca trasy.

Pozostało znaleźć miejsce, w którym moglibyśmy zostawić na 4-5 dni samochód, ale nie było to takie proste. Z jednej strony bariera językowa nie pozwalała nam dokładnie wyjaśnić o co chodzi, z drugiej ograniczona ilość miejsc, gdzie moglibyśmy zostawić samochód. Czasami ktoś miał zadzwonić do „szefa”, ale nie mógł lub „szef” nie odbierał i tak to wyglądało. Planowaliśmy, że samochód zostawimy na parkingu przy jakiejś restauracji, wypakujemy cały sprzęt i udamy się na nocleg trochę powyżej miasteczka. Jednak stało się inaczej. Szczęśliwie penetrując jedną z bocznych uliczek Borsy natknęliśmy się na mini camping Nicolae i od tego momentu wszystko potoczyło się szybko i bezproblemowo. W ogóle jak się później okazało, kiedy o cokolwiek pytaliśmy/prosiliśmy, Nicolae oświadczał „Nicolae – no problemo”.

Pakowanie przed wyruszeniem na trasę.

Rozbiliśmy się więc na posesji/campingu Nicolae, uzgadniając wcześniej możliwość zostawienia za płotem naszego samochodu na kilka dni, wypiliśmy kilka piw pochodzących z jego sklepu położonego przy domu, zdegustowaliśmy palinkę produkcji Nicolae i poszliśmy spać. Ponad 20 godzin na nogach dało nam trochę w kość, więc trzeba było się zregenerować, tym bardziej, że przed nami było ładnych kilka dni, ciężkiego marszu z pełnym obciążeniem.

Minęła pierwsza noc w Rumunii. Pogoda była prześliczna. Wprawdzie dolinka, w której położony jest dom i camping Nicolae była jeszcze w cieniu widzieliśmy, że czeka nas słoneczny dzień. Przyjmujemy obfite śniadanie, ostatnie dopakowanie plecaków, zabezpieczenie samochodu i ruszamy. Jak na pierwszy dzień postanowiliśmy zacząć z wysokiego C. Atakujemy Pietrosula, najwyższy szczyt całego masywu Gór Rodniańskich. Droga, podążająca za znakami niebieskiego szlaku pnie się mozolnie pod górę wśród całkiem licznych jeszcze zabudowań. Myśleliśmy, że za domem naszego gospodarza będą jeszcze jakieś trzy chałupy na krzyż, a tu niespodzianka, dom za domem.

Brama marmaroska.
Ostanie piwko przed wejściem na Pietrosula (foto R.P).
Marmaroska chałupa.

O dziwo po wejściu już na dość znaczną wysokość, w jednym z domów, odnajdujemy ostatni sklep spożywczy, przed zejściem za cztery dni z trasy. Nie pozostaje nic innego jak wypić po zimnym piwie, uzupełnić zapas batonów i ruszyć dalej. Nie wiem, czy to wypite piwo tak nas rozluźniło, czy po prostu trochę byliśmy rozkojarzeni, ale po kilkunastu minutach marszu zgubiliśmy szlak. Analiza mapy, wypuszczenie zwiadowcy, okrzyki z oddali i jesteśmy z powrotem na trasie.

Chyba się zgubiliśmy (foto R.P.)

Dalej wspinamy się szutrową drogą w kierunku polodowcowego kotła ze stacją meteorologiczną i jeziorkiem Lacu Iezer. Upał staje się coraz bardziej dokuczliwy, ale nie ma wyjścia, trzeba iść dalej.

Po kilku godzinach od wyjścia z Borsy dochodzimy do stacji meteorologicznej pod Pietrosulem.

Kocioł Piciorul Mosului ze stacją meteorologiczną.

Jako, że godzina była stosunkowo młoda postanowiliśmy spędzić chwilę nad jeziorkiem, zregenerować nogi, przekąsić batonika, po prostu poleżeć na trawie i odpłynąć.

Jednak po kilkudziesięciu minutach ktoś pierwszy nieśmiało zakłada buty, robi się mały ruch w towarzystwie i wychodzi na to, że trzeba się zbierać.

Chwila oddechu przed atakiem szczytowym (foto r.P.).

Po obejściu jeziorka widzimy przed sobą ścianę, w którą zaraz będziemy się wgryzać. Pytanie brzmi jak wejść na górę. Obserwując wnikliwie ten skalny amfiteatr zauważamy ścieżkę, która serpentynami trawersuje kocioł. Nimi przychodzi nam wspinać się do góry.

Grań Turnul Rosu.

Początkowo jest dość miło, ale z każdym krokiem jednak coraz gorzej. Zaczynamy się rozdzielać. Każdy idzie swoim tempem, jedni szybciej inni wolniej. Co kilka zakrętów trzeba robić odpoczynki, stabilizować oddech. Boże! Kiedy to się skończy. Tym sposobem po około godzinie wspinaczki, w kilkuminutowych odstępach meldujemy się na grani, z której pozostaje już tylko kilkaset metrów, prawie już po płaskim, do szczytu Pietrosula. Na grzbiecie robimy małą bazę i sam szczyt zdobywamy na lekko w dwóch grupach, a pobyt w tym miejscu zajmuje nam kolejną godzinę. Przed sobą widzimy szczyt Buhăescu Mare (2268 m) i wyłaniającą się z tyłu po lewej Przełęcz Tarnita La Cruce (1985 m), cel naszej wędrówki i noclegu dzisiejszego dnia.

Zanim zaczęliśmy podążać w kierunku wspomnianej przełęczy postanowiliśmy zakombinować. Obserwując przebieg szlaku stwierdzamy, że idąc nim będziemy musieli zejść dość głęboko do Przełęczy Curmatura Pietrosului, a z niej ponownie dość wysoko podchodzić na Buhăescu Mare. Oczywiście nie za bardzo nam się to uśmiechało, więc postanowiliśmy z Przełęczy Curmatura Pietrosului zejść w dolinkę jeziorek Taurile Buhaiescului, obejść wspomniany szczyt Buhăescu Mare i następne szczyty leżące za nim.

Przełęcz Tarnita La Cruce (1985m) i szczyt Buhaescu Mare (2268m) oraz przełęcz Curmatura Pietrosului – na pierwszym planie.

Okazało się, że był to błąd, który kosztował nas masę sił i czasu. Zejście do dolinki było jeszcze ok’, ale wdrapywanie się po zboczu, wśród miliona owczych ścieżek, gubienie ich, przeskakiwanie pomiędzy głazami kompletnie nas wyczerpało zanim po kolejnych kilku godzinach dotarliśmy do położonej pod przełęczą polany.

Z za Buhaescu Mare (2268m) wyłaniają się kolejny szczyty, m.in. Gropiar (2 063 m).

Do samej Przełęczy Curmatura Pietrosului chciałem jeszcze trochę nawiązać. Będąc na niej rok później spotkaliśmy polskiego turystę idącego w przeciwnym kierunku, zamieniliśmy kilka słów, wymieniliśmy doświadczenia i po kilku minutach się pożegnaliśmy. Niby nic, ale to spotkanie będzie dość istotne w kontekście następnego artykułu o górach północnej Rumunii, a mianowicie o Karpatatach Marmaroskich. Jeszcze do niego wrócimy.

Jeszcze jedno spojrzenie na Rodniany.

O omawianej przełęczy należy jeszcze wspomnieć w kontekście możliwości organizacji jednodniowej wycieczki ze startem i metą w Borsie. Taką właśnie wycieczkę odbyliśmy rok później schodząc z Przełęczy Curmatura Pietrosului również do dolinki jeziorek Taurile Buhaiescului i dalej do doliny potoku Repede, która doprowadza do Borsy.

Gdybyście chcieli odbyć taką wycieczkę musicie zarezerwować około 11 godzin na sam marsz. Ponadto w związku z tym, iż od Przełęczy Curmatura Pietrosului idzie się bez szlaku trzeba być uważnym, żeby się nie zgubić. Zasadniczo dochodząc do górnej granicy lasu w zaczynającej się dolinie potoku Buhaescu, a potem Repede, trzymajcie się lewego jego brzegu, aż nie natraficie na ścieżkę, która powoli stanie się coraz szersza i sprowadzi Was bezpiecznie na dół.

W dolinie Buhaescu.
Wodospad w dolinie Buhaescu.

Wróćmy jednak do naszego pierwotnego wątku.

Po kilkunastu godzinach od wyjścia z Borsy, tak jak pisałem wyżej udało nam się dotrzeć na polanę pod Przełęczą Tarnita La Cruce i rozbić namioty. Dzień chylił się ku końcowi, słońce zachodziło i trzeba było powoli kończyć dzisiejszą aktywność. Jeszcze tylko gotowanie obiadokolacji składającej się z fantastycznych dań liofilizowanych i herbatki, mycie w zimnym potoku i można w końcu odetchnąć.

Dolina potoku Buhaescu. Dochodzimy do Przełęczy Tarnita La Cruce.

Kiedy tylko zaszło słońce zaraz zaczęło się robić dość zimno. Postanowiliśmy posiedzieć więc w namiotach i pogadać na odległość. Niestety trudy dnia dały się we znaki i powoli w dyskusji brało udział coraz mniej osób. Nawet nie wiem kiedy zasnęliśmy, ale na pewno było jeszcze jasno.

Budzę się przed szóstą. Jest już jasno….

Dolina Buhaescu i Karpaty Marmaroskie o brzasku (okolice przełęczy Tarnita La Cruce) (foto R.P.).

Właśnie tak jak na początku artykułu mógłbym zacząć opis kolejnego dnia. Te pobudki pod namiotem rozbitym w dziczy są w pewnym sensie rutynowe. Trzeba się zebrać, zrobić śniadanie, jakąś toaletę, spakować się, zwinąć namioty i ruszyć. Jeśli upał doskwiera już z rana trzeba wyjść na trasę skoro świt, zaznając chociaż trochę chłodu.

Jeziorko poniżej przełęczy Tarnita La Cruce (foto R.P.).
Nasz biwak nad jeziorkiem poniżej przełęczy Tarnita La Cruce (foto R.P.).

Stoimy więc z plecorami, kiedy pada komenda: Idziemy!

Z polany, na której byliśmy rozbici musimy od razu podejść na Przełęcz Tarnita La Cruce, gdyż spaliśmy trochę poniżej niej, a szlak wiedzie w tym miejscu centralnie po grzbiecie. Po dojściu na przełęcz odkrywamy zasięg w komórkach, którego nie było przez większość wczorajszego dnia i dzisiejszy, nazwijmy to wczesny poranek. Dzwonimy więc do domów, znajomych, serwując sobie mały odpoczynek, chociaż od wyjścia z obozowiska nie minęło więcej niż pół godziny.

Po krótkiej konwersacji ruszamy dalej. Wydaje się, iż zapowiada się mniejszy wysiłek niż w dniu wczorajszym. Trasa ma mień nieco pofalowany charakter, bez długich, karkołomnych podejść.

Na szczycie Obarsia-Rebri (2052m) (foto R.P.).

Tak też się dzieje. Wędrujemy ścieżką wijącą się wśród wysokich traw. Trochę jak w Bieszczadach, na pewno ze względu na wysokość jak w Tatrach Zachodnich. Cały czas towarzyszą nam przepiękne widoki. Powoli zostawiamy za sobą Pietrosula i zaczynamy pokonywać kolejne wspaniałe szczyty. Naszym łupem padają kolejno Repede (2074 m), Negoiasa Mare (2041 m) i Galatului (2048 m). Każdy z tych szczytów oddzielony jest od siebie innymi mniejszymi górkami i dość głębokimi przełęczami. Czasami musimy wchodzić centralnie na samą górę, ale czasami szlak biegnie trawersem, co zaoszczędza nam sporo sił.

Negoiasa Mare (2041m) z Obarsia-Rebri.
Kociołek pod szczytem Repede ze szlakiem obchodzącym jego wierzchołek.

Jest w zasadzie kompletnie pusto. W ciągu całego dnia drogi towarzyszą nam wypasane wysoko w górach konie i owce. Zdarza się spotkać pasterzy a nawet turystów. Jedynymi piechurami jakich spotkaliśmy w tym dniu byli niemieccy skauci rozbici namiotem na Przełęczy Saua Obarsia-Rebri  (1985 m).

Teren cały czas faluje. Górka, przełęcz, górka, przełęcz. Trochę to przypomina przejście po Karkonoszach, z tą różnicą, że mamy tutaj większą różnicę wzniesień między szczytami i przełęczami.

Zamglony Buhaescu Mare i Pietrosul z Tarnita Negoieselor
Przed nami Puzdleror (2 189 m).

Trasa wydawała nam się dość spokojna, kiedy analizowaliśmy ją jeszcze przed wyjazdem, jednak te ciągłe wejścia i zejścia oraz lejący się z nieba żar trochę nas zarżnęły. Pod koniec marszruty, już późnym popołudniem ledwo się ciągnęliśmy. Dostaliśmy trochę przyspieszenia, kiedy zauważyliśmy zbliżająca się do nas burzę, w efekcie czego ostatnie kilometry na zejściu ze szczytu Cailor (1922 m) do Przełęczy Saua Gargalau (1907 m) prawie przebiegliśmy.

Ekipa w czasie marszu (foto R.P.)
Odpoczynek na przełęczy Tarnita Barsanului (1970m), (foto R.P.)

Po dojściu na przełęcz szybko zaczęliśmy rozbijać namioty, żeby się w nich schować kiedy zacznie się burza. W efekcie tak się zaaferowaliśmy rozbijaniem namiotu, że nie zauważyliśmy, iż burza przeszła bokiem. No cóż, przynajmniej tę kwestię mieliśmy już załatwioną.

Cel naszej dzisiejszej wędrówki – przełęcz Saua Gargalau (1907m), z górującym nad nią szczytem Gargalau (2159m).
Na biwaku. Przełęcz Saua Gargalau (foto R.P.)
Galatului został za nami. Zbiera się na burzę.

Pozwoliło nam to na spokojne umycie się w wypływającym małą kaskadą źródle oraz ugotowanie obiadu. Jak rzesz miło było poleniuchować przed namiotem w blasku zachodzącego słońca, mając kubek kawy w ręce. Dla takich chwil chce się żyć.

Powoli kończymy aktywność w drugim dniu przejścia Alp Rodniańskich. Jeszcze tylko rzut oka na mapę z jutrzejszą trasą, mała dyskusja nad jej trudnościami, wspominki z poprzednich dni czy wyjazdów i kładziemy się spać. Kolejny dzień nie zapowiada się wcale lżej, nawet mimo tego, że będziemy schodzić już z głównego grzbietu masywu.

Po teoretycznie niebezpiecznie burzowym popołudniu i wieczorze dnia poprzedniego nastał kolejny piękny poranek. Jak zwykle bez marudzenia oporządziliśmy siebie i dobytek i wyruszyliśmy na trasę. Od razu zrobiło nam się ciepło, gdyż na start zaserwowaliśmy sobie ponad 250- metrowe podejście na Gargalau (2 159 m). Trochę było ciężko, gdyż zaraz po śniadaniu, z pełnym brzuchem taki wysiłek dość kiepsko się znosi, ale pomału przeskakując między dużą ilością skałek i polanek, które wydawały nam się za każdym razem docelowym szczytem dotarliśmy po kilkudziesięciu minutach na górę.

Galatului o brzasku (foto R.P.)

Mimo, że było bardzo wcześnie słońce grzało już dość mocno. W zasadzie czekało nas to samo co dzień wcześniej, tyle że mieliśmy operować na wysokościach o ok. 100 – 200 m większych. Samo ukształtowanie terenu było takie samo. Znowu góra i przełęcz w kilku odsłonach.

Dochodzimy do Gargalau (2159m).
Grzbiet Omului (2 134 m).
W końcu jesteśmy na Gargalau.
Cel dzisiejszego dnia – Ineul (2279m).
Poranne mgły.

Idąc cały czas odkrytym terenem nie pozostawało nic innego jak robić zdjęcia na potęgę i zachwycać się otaczającymi nas górami.

Posuwaliśmy się do przodu dość szybko, w zasadzie przelatując przez Omului (2 134 m) i zatrzymując się na dłużej dopiero przy niepozornym szczycie Coasta Neteda (2 060 m). W tym miejscu szlak prowadził przez dość wąskie i wysoko położone półki skalne, które nie były wyposażone w żadne klamry czy łańcuchy, a my nie mogliśmy się na nie wspiąć z naszymi plecakami. Spowodowało to z naszej strony konieczność zejścia do kotła polodowcowego poniżej szczytu i przejście, praktycznie aż do samego Ineu ( 2 279 m) trawersem po mniej lub bardziej wąskiej ścieżynie.

Kociołek pod Gargalau (foto R.P.).
Ineul coraz bliżej.
Gdzieś między Omului, a Cisa (2 036 m), (foto R.P.).
Cisa (2036m).
W okolicy przełęczy Saua Putreda.

Po kilku godzinach tego trawersowania doszliśmy na grań pod Ineu i  tak jak w przypadku Pietrosula część osób zdobyła go na lekko. Po dojściu do grani mieliśmy już wszystkiego dosyć. Wydawało się, że zaraz będzie dobrze, gdyż teoretycznie pozostało nam zejście do jeziora Lala Mica i rozbicie namiotu.

Kiedy znaleźliśmy się już przy jeziorze jeden z kolegów rzucił hasło dojścia jeszcze dzisiaj do schroniska na Przełęcz Rotunda (1 271 m). Wywiązała się dyskusja między zwolennikami i przeciwnikami tego pomysłu i w jej wyniku zdecydowaliśmy, że idziemy dalej. Nie przewidzieliśmy tego, że czeka nas ponad 12 kilometrowy marsz w totalnej „lampie”.

Schodzimy do jeziorek Lala Mica (1920m) i Lala Mare (1815m).

Jednak będąc dobrej myśli zatankowaliśmy wszystkie posiadane butelki wodą o smaku świeżego torfu wypływającą z jeziorka i ruszyliśmy z kopyta.

Przy jeziorkach Lala Mica (1920m) i Lala Mare (1815m), (foto R.P.0

No nie powiem żebyśmy byli szczęśliwi z powodu tego dodatkowego marszu jaki sobie sami zaserwowaliśmy. Pomysłodawca marszruty wyprzedził pozostałą część ekipy i tyle go widzieliśmy. Może to i dobrze, gdyż w tamtym momencie nasłuchałby się co nie miara na temat poronionego pomysłu spaceru na Przełęcz Rotunda.

Wodospad w Dolinie Lala (foto R.P.).

O dziwo jakimś cudem dotarliśmy do schroniska przed wieczorem. Wielkim zaskoczeniem dla nas było zimne piwo zaserwowane przez gospodarza schroniska, które zostało wyżebrane przez kolegę Bogdana – pomysłodawcę spaceru. Przyznał nam się później, że gdy doszedł do schroniska i dowiedział się, że nie ma w nim żadnej gastronomii, a jedynie noclegi załamał się. Ubłagał właściciela o sprzedanie mu całego prywatnego zapasu piwa, czyli 10 butelek (po 2 na głowę), gdyż bał się, że go zlinczujemy jeżeli dojdziemy na miejsce i okaże się, że nie ma nic zimnego do picia.

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a gorący prysznic i nocleg w czystej pościeli zregenerowały nas całkowicie.

W zasadzie na Przełęczy Rotunda moglibyśmy skończyć naszą eskapadę, gdyż za nią zaczynają się już Góry Suhard. Nie było to jednak takie proste. W jakiś sposób musieliśmy wrócić do Borsy.

Gospodarz schroniska powiedział nam, że prawdopodobnie o godz. 8:00 ze wsi Rotunda odjeżdża w kierunku Borsy autobus. Zarządziliśmy szybkie pakowanie i w drogę, tym bardziej, że z przełęczy do wsi było trochę kilometrów.

Zeszliśmy o czasie na dół, jednak nie natrafiliśmy na żaden przystanek autobusowy, o samym autobusie nie wspominając. Trzeba było jednak jakoś sobie radzić. Doszliśmy do wniosku, że wypuścimy przodem naszego kierowcę Roberta, gdyż łatwiej mu będzie złapać stopa w pojedynkę niż w 5 osób, podjedzie do Borsy i wróci po nas samochodem.

Tak też się stało. Robert złapał „stopa” po ok. 10 minutach marszu. My tymczasem maszerowaliśmy dziarsko w kierunku Przełęczy Prislop (1 416 m). Nieoczekiwanie po kilkunastu kolejnych minutach zatrzymał się samochód i właściciel zaoferował nam podwózkę do osady Lala. Naszym dobroczyńcą okazał się leśniczy z Lali, a zarazem właściciel sklepiku spożywczego, w którym sprzedawała jego córka.

Przy sklepie spożywczym w Lala.

Postanowiliśmy więc zaokrętować przy sklepie, zjeść późne śniadanie i napić się dobrego piwa, którego wykupiliśmy cały sklepowy zapas – 8 butelek.

Miejsce to było również dobre do wypatrywania naszego transportu, który przyjechał po nas po ok. 2 godzinach od momentu rozstania z Robertem. Pożegnaliśmy więc gościnną Lalę i wróciliśmy do Borsy kończąc część trekingową wyjazdu.

Koczowisko Romów w Lala.

W Lali mieliśmy też znamienne spotkanie. Czekając przy drodze na Roberta zauważyliśmy rowerzystę/sakwiarza, który zmierzał w naszym kierunku. Był to obładowany całym dobytkiem Słowak podążający w dalszej perspektywie do Gruzji. Porozmawialiśmy chwilę, wymieniliśmy doświadczenia i pożegnaliśmy kolegę rowerzystę. Nigdy nie przypuszczałem, że po kilku latach sam będę w ten sposób wędrował rowerem przemierzając południową Europę, czy marokańskie bezdroża.

Leśniczówka w Lala.

Przejście Alp Rodniańskich uświetniła jeszcze biesiada z naszym nieocenionym Nicolae, która trwała do późnych godzin nocnych. Pozostała nam jedynie krajoznawcza część wyjazdu, penetracja marmaroskich cerkwi w Dolinie Izy, o czym już wkrótce  w osobnym artykule.

Mapa przejścia:

Wszystkie fotografie opatrzone adnotacją (foto R.P.) są autorstwa uczestnika wyprawy, naszego kolegi i szofera Roberta Płatkowskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *