
„Bum Drun”. Północna Rumunia wita.
– Rumunia? Czyście zwariowali? Przecież tam sami Cyganie, bród, smród i ubóstwo.
Takimi stereotypami operuje wielu Polaków, którzy nie mają zielonego pojęcia o tym pięknym kraju. Również przed naszym wyjazdem do Rumunii, już ładnych kilka lat temu, spotykaliśmy się z takimi opiniami. Mimo tego postanowiliśmy pojechać i przekonać się na własne oczy, czy ten diabeł faktycznie taki straszny jak go malują.

Po Karpatach Ukraińskich to właśnie Północna Rumunia była naszym kolejnym celem wyjazdu, spełnieniem studenckich marzeń, kiedy zaczytywaliśmy się w relacjach Mieczysława Orłowicza z wycieczek po Alpach Rodniańskich i Marmaroskich.
Zastanawialiśmy się wówczas o jakich Alpach on pisze, przecież to całkiem inne góry? Dopiero po jakimś czasie zrozumieliśmy, że to pewna przenośnia, chociaż bardzo trafna, szczególnie w odniesieniu do Gór Rodniańskich, które w dużej mierze przypominają nasze Tatry Zachodnie.
Jednak o samych górach później.

W tym artykule chcielibyśmy skupić się na wątkach ogólnych, trochę praktycznych oraz opisać kilka atrakcji Regionu Maramuresz, bo to właśnie w nim byliśmy.
Aby cokolwiek powiedzieć o „Marmaroszu” trzeba do niego najpierw dojechać. Jeżeli nie dysponuje się własnym transportem nie jest to rzecz prosta.

Nie będę się tu rozpisywał nad możliwymi połączeniami autobusowymi, czy kolejowymi, głównie przez Ukrainę, gdyż są one dość skomplikowane, obfitujące w wiele przesiadek i co tu dużo mówić po prostu nieefektywne, absorbujące masę czasu, przez co tracimy ładnych kilka dni na dojazd i powrót. Uważam, że w ten rejon najlepiej jechać z Polski samochodem. Sama podróż i tak jest dość długa, szczególnie dla mieszkańców północnej, zachodniej i centralnej Polski i zajmuje od dziesięciu do kilkunastu godzin (trasę można również pokonać dwuetapowo, zatrzymując się po drodze na nocleg np. w węgierskim Tokaju).
Na szczęście nie stoimy na granicach, a jedynie pobyt na granicy węgiersko – rumuńskiej zajmuje nam chwilę, gdyż musimy przejść ogólną odprawę celno – paszportową. Rumunia nie jest w Strefie Schengen.
Co istotnego w podróży samochodem do Rumunii? Bezwzględnie wjeżdżając do Rumunii musimy mieć wykupioną winietę samochodową. Obowiązuje ona na wszystkich drogach, bez względu na ich rodzaj i jakość. Winietę możemy kupić przed wyjazdem w Internecie lub w punktach sprzedaży zaraz po przekroczeniu granicy.
Kolejną sprawą z rodzaju „bytowych” jest kwestia spania. W sytuacji wyjazdu krajoznawczego, kiedy bardziej interesuje nas zwiedzanie, a mniej wędrowanie po górach mamy dość duży wybór miejsc noclegowych w szeregu okolicznych miejscowości. Możemy skorzystać zarówno z kilku platform internetowych oferujących pokoje do wynajęcia jak i popytać miejscowych o nocleg. Z miejscowymi czasami może być problem, gdyż w zasadzie słabo mówią oni po angielsku. Zdecydowanie najlepszym językiem do porozumiewania się, oprócz rumuńskiego, jest włoski lub francuski. Czasami, szczególnie z ludźmi młodymi, można dogadać się po angielsku. W niektórych miejscowościach, położonych głównie w dolinie rzeki Rica jak np. w Repedei, Poienile de Sub Munte, czy Luhei zamieszkałych przez dość sporą grupę Rusinów, możemy porozumieć się po rosyjsku.

Inną formą noclegu jest własny namiot, praktycznie niezbędny przy wielodniowych wyjściach w góry, ale też praktyczny do wykorzystania „na dole”, gdyż w wielu miejscowościach znajdują się w przydomowych ogrodach mini pola namiotowe z dostępem do kuchni czy łazienki, często w prywatnych zasobach właściciela. My korzystaliśmy kilkukrotnie z noclegu u wspaniałego, gościnnego człowieka imieniem Nicolae w Borsie. Pobyt na jego polu namiotowym i w jego domu do dzisiaj wspominamy z rozrzewnieniem.
W tym miejscu dotykamy jednego z walorów „Marmarosza”, a mianowicie ludzi. Między bajki (na szczęście) można włożyć rozpowszechniane przez wielu „znawców tematu” informacje o tabunach cygańskich naciągaczy grasujących po Rumunii, próbujących nas molestować albo okraść. Oczywiście Cyganie, a właściwie Romowie są w Rumunii, jednak z naszych obserwacji wynika, iż starają się oni nie rzucać w oczy, nie wchodzą w interakcje z turystami, żyją swoim życiem.

Co innego rdzenni Rumuni. Są to ludzie bardzo przyjemni w obyciu, kontaktowi, a co najważniejsze pomocni, nierzadko bezinteresowni. Z takimi my mieliśmy do czynienia, ale może Wy macie inne doświadczenia.



Ciekawostką odnoszącą się do ludzi z „Marmaroszu” jest to, iż w odróżnieniu od mieszkańców innych rejonów Rumunii dość często ubierają się oni w stroje ludowe, nie wspominając uroczystości typu wesela, gdzie korowody weselników przypominają wesela góralskie, żywcem wyjęte z naszego Podhala.


Z tymi weselami związane jest też zdarzenie, które spotkało nas pewnego razu w Borsie, zaraz po przyjeździe do naszego przyjaciela Nicolae.
Kiedy wylądowaliśmy u niego pod domem i zaczęliśmy tradycyjne przywitanie, zakrapiane palinką jego wyrobu, usłyszeliśmy specyficzny hałas. Z kilku miejsc dochodziła muzyka i śpiewy. Okazało się, że na „naszej” ulicy spotykają się dwa orszaki weselne. Z jednej strony szedł orszak Pani Młodej, a z drugiej Pana Młodego. Wszyscy weselnicy byli zaopatrzeni w butelki z palinką i hojnie częstowali napotkanych po drodze sąsiadów i przygodnie spotykanych ludzi. Również i my padliśmy ofiarą weselników. W ciągu kilku minut przyjęliśmy dość znaczne ilości, jak na nasze możliwości, wysokoprocentowego trunku (klasyczna palinka ma ok. 60o – poniżej tego „woltarzu” to podobno milk), który dość mocno zaczął szumieć nam w głowie. Na szczęście orszak poszedł dalej, zagrożenie minęło, a my mogliśmy rozbić namioty na ogrodzie/campingu naszego gospodarza.

Jadąc do Rumunii należy mieć na uwadze, iż sierpień jest w tym kraju miesiącem wesel, które odbywają się od poniedziałku do niedzieli, tak że spotykanie orszaków weselnych w tym okresie jest dość częste.
Gorąco polecamy nocleg w Borsie u Nicolae, zarówno na jego mini campingu jak i pod dachem. Aby trafić do tej miejscówki należy jadąc od Viseu de Sus skręcić za szpitalem w prawo i przejechać jakieś 400 m. Dom Nicolae znajduje się po lewej stronie drogi z charakterystycznym napisem „CAZARE” na bramie

Będąc w „Marmaroszu” koniecznie należy skosztować miejscowej, regionalnej kuchni. Szczególnie godne polecenia są dania, w których podstawą jest mamałyga, czyli pewnego rodzaju puree na bazie mąki kukurydzianej. Godne uwagi są również miejscowe sery, szczególnie te sprzedawane przez górali na halach, przypominające swoim wyglądem i smakiem Mozarellę.

Ostrożnym należy być przy degustacji miejscowych zup, czyli ciorby. Czasami połączenia składników znajdujących się w nich są dość dziwne i trudno akceptowalne jak np. flaczki wołowe ze śmietaną. Zamawiając zupę należy dokładnie się dowiedzieć co to takiego jest i co się w niej znajduje, gdyż naprawdę można się zaskoczyć.
Jeśli chodzi o dostępność artykułów spożywczych to jest ona powszechna. W każdej wsi, nie mówiąc o miasteczkach, znajdują się większe i mniejsze sklepy zaopatrzone jak w Polsce. Ostatnimi czasy zrobiło się może trochę drożej, jednak kurs rumuńskiego leja do złotówki, kształtujący się mniej więcej 1:1 pozwala na sprawne przeliczanie cen, które ogólnie są zbliżone do polskich.
Tyle o aspekcie praktycznym. Jednak jadąc w ten cudowny rejon najbardziej jesteśmy zainteresowani tym co możemy tam zobaczyć.
Bezsprzecznie największym atutem i magnesem przyciągającym turystów są tutejsze góry. Wspaniałe, monumentalne, ciągnące się kilometrami. Jednak im poświęcimy osobne artykuły, zarówno Górom Rodniańskim, jak i Karpatom Marmaroskim.

Na osobny post zasługują także marmaroskie cerkwie, zgoła inne od naszych, zwłaszcza te położone w Dolinie Izy.
Rasowi krajoznawcy pewnie by powiedzieli, że w tym rejonie atrakcji jest bez liku. Pewnie doszukiwaliby się jakichś w folklorze „Marmaroszu”, budowlach, zabytkach materialnych. My nie jesteśmy w tym momencie jakimś wyjątkiem, bo jeżeli coś jest ciekawe to tak to należy nazwać.
Wybraliśmy dla Was kilka propozycji, ale oczywiście czy są one interesujące sami musicie osądzić. Pewnie będąc w północnej Rumunii znajdziecie jeszcze inne.
Nasz subiektywny wybór prezentujemy poniżej.
Wesoły Cmentarz w Sapancie

Tę atrakcję w zasadzie możemy wziąć na pierwszy ogień w trakcie dojazdu na miejsce pobytu np. w Repedei, Vișeu de Sus czy Borsie. Przyznam szczerze, że nigdy wcześniej, ani później nie byliśmy w takim miejscu. Jednak cmentarze, w klasycznym wydaniu, mają całkowicie inny charakter, więc warto wpaść na ten w Sapancie, żeby zobaczyć jak inni postrzegają pamięć o zmarłych.
Na sam cmentarz bardzo łatwo trafić. Jadąc od strony Satu Mare po wjeździe do Sapanty pojawiają się drogowskazy prowadzące do cmentarza – Cimitrul Vesel. W centrum wsi należy skręcić w prawo i po kilkuset metrach dojeżdża się do cmentarza. Czasami trzeba trochę pokrążyć, żeby znaleźć miejsce do zaparkowania, gdyż jest to bardzo popularne miejsce, szczególnie w lecie, a klasycznego parkingu brak. Za to w okolicach wejścia na cmentarz znajduje się kilka knajpek z całkiem niezłym jedzeniem oraz stragany z rękodziełem ludowym.

Wejście na cmentarz jest płatne. Kasa znajduje się przy wejściu.
Fenomen cmentarza trwa już kilkadziesiąt lat, a pierwsze kolorowe nagrobki pojawiły się na nim w roku 1935. Ich twórcą był miejscowy artysta Ion Stan Patras, którego dzieło kontynuuje Dimitru Pop.
Po wejściu na cmentarz rzuca się w oczy feeria barw nagrobków, chociaż dominującym jest kolor niebieski. Najciekawsze krzyże, których podstawą są tablice/płaskorzeźby.
Na wspomnianych płaskorzeźbach przedstawiane są sceny z życia zmarłego, zarówno zawodowego jak i prywatnego. Możemy zobaczyć na nich różnego rodzaju obrazki z gospodarstw wiejskich czy zakładów rzemieślniczych, pracę kierowców lub górników, ale także osoby jeżdżące rowerami czy też biesiadujące przy stole. Na nagrobkach przedstawiane są również okoliczności śmierci. Bardzo często są to wypadki drogowe. Czasami pokazane są także zabójstwa.
Warto zajechać tutaj na kilkadziesiąt minut i zanurzyć się między nagrobkami. Trochę trudno tutaj o zadumę i skupienie, gdyż ludzi na cmentarzu jest mnóstwo, ale w końcu to Wesoły Cmentarz.
Mocăniță

Jeśli jeździliście Kolejką Bieszczadzką i podobała Wam się ta wycieczka to Mocăniță jest dla Was. Czym więc jest ta Mocăniță? Nie jest to nic innego jak kolejka poruszająca się po linii wąskotorowej, która wije się Doliną Vaseru. Jak to bywało w wielu rejonach Karpat, poczynając od Bieszczad, a chociażby na Dolinie Vaseru kończąc, kolejki wąskotorowego były budowane głównie na początku XX w. i służyły do zwózki drewna z gór. Tak samo było w tym przypadku. Kolejka była budowana w latach 1927 – 1933 i służy do dziś. Trochę zmienił się sposób jej eksploatacji, kiedy to w latach 90-tych XX w. została przejęta przez prywatnych przedsiębiorców, przyjęła obecną nazwę i służy od tego czasu również do przewozu turystów.

Stacja początkowa kolejki, z kasami biletowymi, znajduje się w pobliżu przystanku kolei normalnotorowej w Viseu de Sus. Od jakiegoś czasu bilety możemy kupić również on-line, a cena waha się w przedziale między 45, a 120 lej w zależności od rodzaju biletu i okresu wycieczki. Niektóre opcje zakupowe zawierają w cenie biletu również posiłki.
Linię kolejową obsługują wyprodukowane jeszcze przed II Wojną Światową parowozy o wdzięcznych nazwach „Cozia 1” i „Cozia 2” lub nowsza lokomotywa spalinowa.

W trakcie podróży pociąg zatrzymuje się na kilku stacjach, a kończy swoją jazdę na stacji Faina, po czym wraca do Viseu de Sus.
Osobiście nie jechałem kolejką jednak chciałbym w tym miejscu zacytować słowa naszego kolegi Adama, zafascynowanego wycieczką:
Przejażdżka Mocănițą jest po prostu świetną okazją do połączenia kilku przyjemności, zarówno przejechania się kolejką jakich już w Europie praktycznie nie ma, na całkiem dużej odległości 22 kilometrów w czasie ok. 3 godzin jazdy w jedną stronę jak i możliwości podziwiania po drodze uroczych widoków, jadąc wzdłuż rwącego potoku na dnie zalesionej doliny pełnej wspaniałych drzew, urwisk i gołoborzy. Po drodze mamy kilka przerw w czasie których można zakupić np. palinkę w „wagonie restauracyjnym” tj. normalnie w węglarce.

Cena za przejazd nie jest niska, tak jak Rumunia nie jest już tak tania jak kiedyś. Czy warto wziąć pakiet z przekąską na drogę (ciastko z serem – bardzo syte) oraz obiadem, który zawiera duży karczek z chlebem, ketchupem/musztardą, pieczywem i ogórkiem oceńcie sami. Nie jest to jednak nic specjalnego i w sumie możemy wziąć własny prowiant ewentualnie kupić już na miejscu (trochę drożej niż w pakiecie).
Na końcu drogi jest rustykalny biwak z ławami i stołami, ciuchcia sobie popykuje i gwiżdże, ludzie robią zdjęcia. Mamy ok. godziny postoju aby zostać na miejscu ewentualnie poszwędać się po bliskiej okolicy. W czasie mojego pobytu (weekend) był występ kilku par tańczących w strojach ludowych do których dołączyli się miejscowi i turyści potrafiący skakać ichniejsze ciupasy.
Jednym słowem warto !!!
Rumuńskie bazary.

A niby co to za atrakcja? Może i tak, ale to co urzeka po wejściu na taki klasyczny targ to wspomnienia, żywcem wyjęte z czasów komuny, kiedy na targach głównie sprzedawane były warzywa i owoce w ilościach detalicznych oraz hurtowych, swojskie sery i śmietany, a także żywe zwierzęta jak kury, kaczki, gęsi warchlaki, jagnięta.
Tego już dzisiaj nie ma, a dawne targowiska głównie oferują chińskie ubrania.
Właśnie ten odległy czasowo klimat targu warzywno – owocowego można spotkać na rumuńskiej prowincji, chociaż „chińszczyzna” też się zdarza. Fajne jest też to, że częściowo odmienne od polskich są także oferowane produkty, jak chociażby świeże melony, kilka gatunków papryk, zioła, o palince własnej produkcji nie wspominając.
Bardziej kolorowe bazary widzieliśmy do tej pory jedynie na Bałkanach jak np. główny targ w Sofii czy w Maroko z bazarami w fezkiej Medinie lub na placu Dżamma el – Fna w Marrakeshu na czele.
Na targach można także zaobserwować dobijanie targu przez kontrahentów. Sytuacja jest niecodzienna. Wprawdzie nic nie można zrozumieć, ale warto popatrzeć, jak trzy świnie zmieniają właśnie właściciela. Towarzyszy temu charakterystyczna gra aktorska, gestykulacja, podniesione głosy, a na koniec „przybicie piątki” i podlanie udanej transakcji kielichem palinki.

„Polska” Kirlibaba.
Ostatnią ciekawostką jaką chcielibyśmy opisać jest położona już na terenie Bukowiny wieś Kirlibaba. Sama wieś nie ma jakichś specjalnych atrakcji, czy też oszałamiających zabytków. Jest ona jednak ciekawa z innego powodu, a mianowicie z polskich akcentów jakie się w niej zachowały.

Mowa tutaj o grobie polskich legionistów, którzy polegli w bitwie pod Kirlibabą w styczniu 1915 r. Jest to skromny pomniczek z wyrytymi nazwiskami poległych, usytuowany przy małym kościółku katolickim po południowej stronie rzeki. Warto do niego podejść, może zapalić znicz lub złożyć kwiaty.
Pewnie niektórzy z Was mogą się zastanawiać skąd wzięli się w tym miejscu polscy legioniści. Byli to żołnierze II Brygady Legionów, o których pisaliśmy już w artykule Gorgany na dwa razy. II Brygada Legionów zwana także Karpacką lub Żelazną, a konkretnie jej wschodnia grupa została skierowana na Bukowinę po ciężkich walkach mających na celu wyparcie Rosjan z Zakarpacia, które m.in. były toczone w trakcie forsowania Przełęczy Legionów. Na początku stycznia 1915 r. zostali oni przerzuceni do Borsy, skąd pieszo udali się w kierunku Przeł. Prislop, do której dotarli 18.01.1915 r. i w zasadzie z marszu rozpoczęli 6-cio dniowy bój o Kirlibabę.

Wojskami legionowymi dowodził w tym marszu nominalnie gen. Karol Trzaska – Durski, a faktycznie płk. Zygmunt Zieliński, ale ciekawostką jest fakt, iż wojskami rosyjskimi dowodził również Polak, płk. Lucjan Żeligowski. Walki o Kirlibabę zakończyły się 22.01.1915 r. zwycięstwem legionistów.

Rzadko kiedy turyści odwiedzają Kirlibabę tylko dla grobu legionistów. Przeważnie ma to miejsce w drodze na Bukowinę. Gdybyście jednak mieli zamiar tam zajechać weźcie proszę kilka zniczy i zapalcie je na grobie legionistów. Będzie miło.
Tak jak wspomniałem na wstępie ten artykuł jest pierwszym z serii artykułów opisujących góry Północnej Rumunii. Już w następnym powędrujemy Górami czy jak kto woli Alpami Rodniańskimi. Opiszemy naszą czterodniową marszrutę głównym grzbietem masywu od Pietrosula do Ineu. Zasypiemy Was także ogromną ilością zdjęć prezentujących te piękne góry.
Tym czasem miłej lektury i do zobaczenia w kolejnym poście.


