
Rowerowo przez Północne Morawy
Dystans: 108,64 km
Od opisywanej wycieczki minęło już kilka tygodni, ale jakoś nie było czasu aby podzielić się wrażeniami z niej. Mając więc chwilę wolnego zabrałem się do “pióra” i oto jest świeżutki post, w sam raz na rozpoczęcie tygodnia i być może do wykorzystania na zbliżający się weekend.
Kiedy padło hasło „A może by tak na Ramzovą?” nie zastanawialiśmy się długo. Szybkie pakowanie sakw i skoro świt, pewnej czerwcowej soboty meldujemy się na dworcu kolejowym Wrocław Brochów. Pakujemy się do pociągu, szybki transfer i przesiadka w Brzegu, kolejna godzinka i około 7:20 jesteśmy w Nysie.

Mimo, że dość wcześnie, jest dość ciepło, a nawet parno. Ale cóż począć skoro już tu jesteśmy, trzeba ruszać. Szybko przemieszczamy się w stronę czeskiej granicy, chociaż trochę wieje przeciwny wiatr. Zaliczamy po kolei Białą Nyską, Morów i Koperniki, z których wywodzą się przodkowie Mikołaja Kopernika.
W pewnym momencie stwierdzamy, że chyba trochę pobłądziliśmy, gdyż nagle dojechaliśmy do Kijowa. Na szczęście okazało się, że nie jesteśmy na Ukrainie, a w maleńkiej przygranicznej wsi za Nysą.

Tym sposobem szybko docieramy do granicy czeskiej. Trochę się martwimy bo przed nami chmury coraz czarniejsze, ale zbytnio nie mamy wyjścia, trzeba jechać dalej.
Zaczynają się górki, pierwsze mniejsze podjazdy i zjazdy. Lądujemy we wsi Supikovice, a w niej informacja, że droga w kierunku Jesenika jest zamknięta ze względu na roboty drogowe i obowiązuje objazd przez Žulovą. Dla nas kompletnie nie po drodze. Chwila zastanowienia i postanawiamy jechać wcześniej zaplanowaną drogą mimo zakazu.


Okazało się, że był to trafny wybór, chociaż złamaliśmy kilka przepisów ruchu drogowego (zakazy jazdy) udało się przejechać, gdyż akurat nie były prowadzone żadne prace, rozkopane były tylko fragmenty drogi po jednej jej stronie, więc przejechaliśmy nawet bez konieczności zsiadania z rowerów.
Tym sposobem zjechaliśmy szczęśliwie do wsi Česká Ves. Tutaj niestety szczęście chwilowo nas opuściło, gdyż wiszący w powietrzu deszcz w końcu nas dopadł. Na szczęście dość pokaźny przystanek autobusowy oszczędził nam wątpliwej przyjemności zmoknięcia. Pół godziny czekania, przerwa żywieniowa i jedziemy dalej.
Nieco jednak mokrzy od przejeżdżanych kałuż docieramy do Jesenika. Krótka wizyta na rynku, fotka dla udokumentowania pobytu i ruszamy dalej.
Zaczynając nowy wpis zawsze mam dylemat w którą iść stronę opisując jakąś wycieczkę, czy to pieszą, czy rowerową. Czy skupić się bardziej na opisie trasy, czy na atrakcjach na niej spotykanych? Czy bardziej opisywać walory sportowe trasy, czy też wątki historyczne mijanych wsi, miasteczek, budowli. Nie jest to proste i oczywiste, gdyż nigdy do końca nie wiadomo kto danego posta będzie czytał i jakie ma oczekiwania z nim związane.
Nie będę jednak przynudzał i powiem tylko “Jesenik …y nie urywa”. Można się zatrzymać, coś zjeść napić się i ruszać dalej.

Tak też zrobiliśmy i my. Trochę martwiliśmy się pogodą bo nadal było dość parno, a my zbliżaliśmy się do gór. Dojeżdżając do Lipová Lázně mieliśmy nawet dylemat czy nie skrócić trasy i przez Javornik dojechać do Lądka i dalej do Rogówka, bo tam planowaliśmy zakończyć trasę, czy też jechać dalej zgodnie z planem.
Duch sportowy jednak zwyciężył i powoli zaczęliśmy podjazd na naszą pierwszą premię górską I-szej kategorii, czyli Ramzowskie Sedlo.
Podjazd okazał się dość przystępny. Wprawdzie nie było ani chwili wytchnienia, gdyż od rozjazdu w Lipová Lázně droga wiodła non stop w górę, ale około 300-metrowy podjazd był dość fajnie rozłożony na całym 8,5 kilometrowym odcinku. Jedynie ostatni kilometr dojazdowy do przełęczy był bardziej stromy, ale poradziliśmy sobie z nim bez problemu i wprawdzie trochę zdyszani, ale zadowoleni z siebie stanęliśmy na przełęczy.


Planując tą wycieczkę naszym zamiarem był też wjazd na Paprsek, jednak na Ramzowskim Sedlu łapie nas burza. Kilkadziesiąt minut oczekiwania na jej koniec utwierdziło nas w przekonaniu, że wjazd dzisiaj na Paprsek to nie jest dobry pomysł, tym bardziej że mieliśmy szosowe opony, które na szutrach nie spisują się zbyt dobrze, a co dopiero w błocie podeszczowym.
Robimy więc kilka fotek, łyk izotonika własnej produkcji i postanawiamy uderzyć w kierunku Brannej i dalej na Przełęcz Płoszczynę, po drodze mijając po fantastycznym zjeździe farmę wiatrową w Ostružnej, która jest widoczna z wielu miejsc w rejonie Hrubego Jesenika.


Droga prowadzi nas dalej do Brannej (do 1947 Kolštejn, niem. Goldenstein) , maleńkiego i bardzo urokliwego miasteczka, a obecnie wsi położonej na szczycie wzniesienia.
Pisząc o Brannej nie sposób choć trochę nie zahaczyć o historię.
Pierwsze informacje o miejscowości pochodzą z roku 1325. W przeszłości Branna posiadała (od 1436 r.) prawa miejskie, które utraciła po wyludnieniu spowodowanym wysiedleniem miejscowych Niemców po zakończeniu II Wojny Światowej. Właścicielami wsi i zamku byli przedstawiciele rodów Wustenhube, Waldstein, Zierotin (Žerotín, od ich herbu rodowego pochodzi herb gminy), a w XIX wieku Liechtenstein.
Mimo małej wielkości w Brannej znajduje się kilka ciekawych zabytków: gotycko-renesansowy zamek Kolštejn, budynek wójtostwa z kwadratową wieżą z przełomu XVI i XVII wieku, ratusz – z lat 1905-1906 oraz kościół parafialny z 1614 pod wezwaniem Michała Archanioła.



Po spędzeniu w Brannej kilkudziesięciu minut ruszamy dalej. Przed nami bardzo widokowy, kilkukilometrowy odcinek drogi z Brannej do Starego Mesta. Odcinek ten był jednym z przyjemniejszych na całej trasie. Niewielkie podjazdy, a następnie wijącymi się zakrętami zjazd do Starego Mesta po idealnej, świeżo wyremontowanej drodze to było to.
W ogóle muszę powiedzieć, że praktycznie cała trasa z Nysy do Rogówka odbyła się po dobrej, albo bardzo dobrej jakości drodze. Kilka łat i dziur na ponad 100 kilometrowym odcinku jazdy nie może zaburzyć bardzo pozytywnego osądu w kwestii jakości drogi.


Pakujemy się więc na rowery i jedziemy, po drodze robiąc jeszcze kilka fotek na zostającą za nami Branną i pomalutku zaliczamy Vikantice oraz Šléglov, maleńkie wioski o typowo letniskowym charakterze. Jeszcze tylko kilka serpentyn w dół i jesteśmy w Starym Meste. Miło nam się zrobiło na duszy, gdyż ostatni raz byliśmy w nim w trakcie jakże udanej wyprawy do Chorwacji, prawie rok temu.

W Starym Meste nadziewamy się na kolejną zamkniętą drogę i remont. Tak jak poprzednio ryzykujemy i przejeżdżamy po wprawdzie jeszcze zamkniętym, ale już gotowym do odbioru moście nad Vrbenskym potokiem.
I tu zaczyna się podjazd pod naszą drugą premię górską I-szej kategorii czyli na Przełęcz Płoszczynę. Jako, że jechaliśmy tą drogą wielokrotnie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Mozolnie, pomału wspinaliśmy się serpentynami pod górę i po kilkudziesięciu minutach od wyjazdu ze Starego Mesta stanęliśmy na przełęczy.




Nie pozostało nic innego jak zrobić krótki odpoczynek, uzupełnić płyny i trochę porozkoszować się otaczająca przyrodą.

Jednak to nie był koniec wycieczki i trzeba było jechać dalej. Postanowiliśmy nieco zmodyfikować trasę i przejechać do zaprzyjaźnionego pensjonatu Monte Neve nie asfaltem przez Nową Morawę, ale drogą szutrową przez Przełęcz Staromorawską. Tych kilka kilometrów drogi przez las utwierdziło nas w przekonaniu, że wjazd na Paprsek, ze względu na rodzaj założonych szosowych opon nie byłby dobrym pomysłem, gdyż nawet ten krótki odcinek z Przełęczy Płoszczyna do Kamienicy był dość ciężki.


Mimo tych niesprzyjających naszym oponom okolicznościom szybko dojechaliśmy do Monte Neve na pyszną kawę i po krótkim odpoczynku udaliśmy się przez Lądek Zdrój i Ołdrzychowice Kłodzkie do Rogówka kończąc wycieczkę krótkim 3 kilometrowym, “lekkim” podjazdem.
Nasza trasa:


Jeden komentarz
Pingback: