BAŁKANY,  BAŁKANY 2022,  CZARNOGÓRA,  OKOŁOROWEROWO,  REGIONY,  SPORT I PODRÓŻE,  WYPRAWY

I znowu góry. W drodze nad Jezioro Szkoderskie – XIII Dzień wyprawy.

Opuściliśmy wybrzeże adriatyckie. Po krótkim pożegnaniu z Andrzejem, który nie do końca jeszcze wiedział czy zostanie dłużej na Buljaricy, czy też ruszy w kierunku Serbii i dalej Węgier w ślad za nami, dojeżdżamy lokalną dróżką do głównej drogi na Bar. I co? Oczywiście zaczynamy od podjazdu.

Żegnamy się z campingiem „Maslina” w Buljaricy.

Tak na marginesie Andrzej ma wprawę w długich pobytach w tym miejscu, gdyż kilka lat temu spędził tu 6 tygodni w oczekiwaniu na część do zepsutego samochodu, co zaskutkowało z nudów pracą na budowie u jakiegoś spontanicznie poznanego gościa, który stawiał obok campingu pensjonat.

Nie wiem, czy to rześkie poranne powietrze, czy też dzień przerwy spędzony na leniuchowaniu, ale bardzo dobrze mi się jechało, czego na pewno nie może potwierdzić Mariusz. Jakoś nie mógł nabrać rytmu jazdy, wręcz kazał nie czekać na siebie stwierdzając, że sam jakoś dojedzie. Jednak uparcie trzymaliśmy się razem od początku, aż do końca dnia, jadąc oczywiście swoim tempem, ale czekając jeden na drugiego.

Kierunek bar.
Ostatnie spojrzenie na plażę w Buljaricy.

Po około godzinie jazdy dojechaliśmy do Baru, dużego (jak na tutejsze warunki), trochę przemysłowego, trochę turystycznego miasta, ostatniego na naszej drodze położonego nad morzem. Skorzystaliśmy w nim z możliwości podpompowania rowerów na przydrożnej stacji benzynowej i  bez dłuższej zwłoki ruszyliśmy na nasz właściwy, dzisiejszy podjazd prowadzący przez Stary Bar w kierunku szczytu Tvrdoc (859 m n.p.m.).

Cerkiew Św. Jana Włodzimierza w Barze.

Podjazd do Starego Baru okazał się całkiem niegroźny. Postanowiliśmy jednak chwilę odetchnąć delektując się zimnymi napojami. W planie mieliśmy także zwiedzanie starego miasta, a w zasadzie starobarskiej twierdzy. Ruiny różnych budowli z okresu od V do XIX wieku robiły duże wrażenie. Nie będę się tu rozpisywał na temat historii miasta gdyż są od tego odpowiednie periodyki. Jedyne co mogę powiedzieć to to, że warto wydać kilka euro na spacer po jego ruinach.

W uliczkach Starego Baru.
Mała regeneracja przed zwiedzaniem starego miasta.

Po tej krótkiej wycieczce krajoznawczej ładujemy się znowu na rowery. Początkowo nachylenie stoku pozwala, wprawdzie pomału, ale sprawnie podjeżdżać do góry. Jednak jeszcze w Starym Barze, po kilkuset metrach od startu trzeba było zsiąść z rowerów i pchać. Czynność tę powtarzamy w przeciągu godziny jeszcze kilkukrotnie. To naprawdę dość specyficzna sytuacja, kiedy w efekcie końcowym, po całym dniu jazdy najbardziej bolą cię ręce od pchania roweru, a nie nogi od pedałowania. Cóż było zrobić? Nieraz i takie atrakcje czekają człowieka na trasie.

Jednak każde trudności kiedyś się kończą. Tak było i w naszym przypadku, kiedy to ostatnim “pchanym” odcinkiem udało nam się osiągnąć szczyt wzniesienia i w nagrodę zakotwiczyć w ekogospodzie “Ranč Mujića”.

“Ranč Mujića” to urokliwe miejsce pod każdym względem, do którego nie tak łatwo trafić. Kolorowe malowidła, kury chodzące po terenie restauracji, domowe wypieki i własnoręcznie robiona lemoniada powodują, że aż chce się usiąść i odpocząć w tym miejscu, tym bardziej, że z tarasu restauracji rozpościera się fantastyczny widok na Bar i wybrzeże adriatyckie.

Panorama Baru z tarasu “Ranč Mujića”.

Po prawie godzinnym odpoczynku i “naładowaniu akumulatorów” ruszamy dalej. Początkowo w dół, wiejską, wąską drogą. Jednak niedługo cieszymy się zjazdem. Po około kilometrze jazdy mijamy wieś Sustaš i skręcamy na główną drogę w kierunku Jeziora Szkoderskiego.

Jedziemy bez problemów, jednak cały czas pod górę w upiornym upale. Na szczęście na całym 17-to kilometrowym podjeździe nie będzie konieczności pchania. Kilka serpentyn skutecznie wypłaszcza drogę, przez co nie jest ona tak ciężka do jazdy.

W drodze do Virpazaru.

Coraz bardziej oddalamy się od wybrzeża, które zostawiamy za plecami. Coraz rzadziej mijamy zamieszkałe domostwa z wieżami minaretów.

Po minięciu wsi Tuđemili dojeżdżamy do punktu widokowego z charakterystycznym obeliskiem upamiętniającym bitwę pod Tuđemili stoczoną w 07.10.1042 r. między armią pierwszego państwa czarnogórskiego – Duklje, a Bizancjum. Nie wiem kto wygrał, ale do dzisiaj dzień ten jest obchodzony bardzo uroczyście z wystawieniem warty honorowej oraz wizytą najwyższych władz państwowych Czarnogóry.

Samochody z rzadka nas mijają, a i ludzi nie widać po domach. Ku naszemu zaskoczeniu, na ok. 6 km przed osiągnięciem szczytu podjazdu pojawia się gospoda. Jeszcze jeden odpoczynek, jeszcze jedna zimna cola wypita w chłodnym cieniu drzew. Chwila rozmowy z właścicielem, który miał duży sentyment do Polski wspominając swoje wielokrotne służbowe wizyty w Katowicach. Okazało się, że za “komuny” był dyrektorem jakiegoś państwowego przedsiębiorstwa mającego właśnie oddział w Katowicach.

Ostatnia cola przed podjazdem.

Pora była jednak ruszać dalej. Żegnamy się i ruszamy ku szczytowej przełęczy, którą osiągamy po około godzinie od wyruszenia z gospody.

Na górze nie zabawiamy zbyt długo. Chcemy jak najszybciej dojechać do Virpazar. Wykąpać się, coś zjeść, napić się czegoś zimnego.

Szczyt podjazdu coraz bliżej.
Jesteśmy na górze.

Zaczynamy szybki zjazd początkowo we trzech, a następnie we dwóch z Mariuszem. Tradycyjnie Wojtek zapragnął trochę trialu i wybrał się bardziej wyboistą drogą.

Spotykamy się już na dole pod pensjonatem, prowadzonym przez przesympatyczną starszą Panią.

Po zaokrętowaniu się idziemy na zakupy z myślą o ugotowaniu obiadu. Niestety zapomnieliśmy, że dzisiaj jest niedziela i wszystkie sklepy, a jest ich w Virpazar aż jeden, są pozamykane. Pozostaje więc zjeść obiad w jednej z licznie otwartych restauracji.

Przystań w Virpazar.

Co do samego Virpazaru to trzeba przyznać, że miejscowość sprawia miłe wrażenie. Nie wiem czy jest to miasteczko czy wioska, chociaż układ uliczek definiował je chyba jako miasto. Nie ma tu powalających zabytków jednak to co przyciąga ludzi to punkt startowy wycieczek łodziami po Jeziorze Szkoderskim i miejscowe, przepyszne wino serwowane w każdej restauracji oraz butelkowane z możliwością zabrania ze sobą. 

Dzięki temu, że była niedziela i poszliśmy na obiad do knajpy poznaliśmy Mateusza, naszego rodaka, który wybrał się rowerem w trzyletnią podróż, nie wiem czy dookoła świata, czy z zakończeniem gdzieś w Azji po tym okresie.

Panorama Jeziora Szkoderskiego.

Wypiliśmy po kuflu piwa, pogadaliśmy trochę i  rozstaliśmy się, gdyż Mateusz jechał w tym dniu dalej w kierunku Baru, z którego my przyjechaliśmy.

Losy Mateusza możecie śledzić na Instagramie, na profilu @spontanicznie.zagubiony.

Kiedy ostatnio wymieniałem z nim wiadomości dotarł do Turcji,a z profilu na Instagramie wynika, że dojechał właśnie do Gruzji. Ciekawe jak mu idzie?

Wieczór tego dnia kończymy przy “lampce”, czyli dwóch litrowych butelkach miejscowego wina po raz kolejny celebrując moje  “…-te” urodziny. Mam nadzieję, że głowa nie będzie jutro boleć.

Mapka przejazdu:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *