
Na chińskiej autostradzie – XV dzień wyprawy.
Po raz kolejny zmieniliśmy strefę klimatyczną. Jak poprzednio, ale w odwrotnej kolejności, miejsca drzewek oliwnych i palm zajęły strzeliste sosny, dęby i mniejsza roślinność do złudzenia przypominające sielskie, polskie klimaty.
Noc jak przepowiadali gospodarze faktycznie była dość rześka. Nasze rowery wyglądały po niej jakby stały w deszczu i niemal natychmiast po naszej pobudce wylądowały na kawałku łąki oświetlonej promieniami wschodzącego słońca.
Codzienne, poranne czynności – toaleta, pakowanie, przygotowanie śniadania zajęły nam nie więcej niż godzinę, po której pozwoliliśmy sobie jeszcze na wypicie fantastycznej porannej kawy w restauracji i na krótką rozmowę z właścicielami.
Po kilkudziesięciu minutach żegnamy się jednak i ruszamy na kolejny etap wyprawy, w kierunku Mateseva, do którego nie dotarliśmy dzień wcześniej.
Nie dojeżdżamy do Mateseva i w tym dniu. Niestety Chińczycy budujący w pobliżu autostradę tak poprowadzili zjazdy, że Matesevo ominęliśmy bokiem. Plusem tej sytuacji był, w normalnych warunkach niemożliwy, przejazd nie oddaną do użytku autostradą oraz w pełni funkcjonalnym i oświetlonym tunelem autostradowym. Za kilka miesięcy pewnie będzie to już niemożliwe w przypadku rowerzystów.


Zanim jednak dotarliśmy do autostrady czekała nas miła niespodzianka. Otóż wyjechała nam naprzeciw ekipa sakwiarzy z Francji, z którą spotkaliśmy się tydzień wcześniej w Bośni, w Gacku. Miło jest spotkać po drodze kogoś powiedzmy “znajomego” i uciąć krótka pogawędkę.
Wracając do trasy. Po przejechaniu tunelu znowu trafiliśmy na trochę rozwaloną, lokalną drogę i powoli zaczęliśmy się wspinać na przełęcz Trešnjevik (1573 m n.p.m.) jak nakazuje tradycja wyjazdu, czyli dzień bez konkretnego podjazdu to dzień stracony.

Jedziemy bardzo wolno. Niestety po kilku tygodniach ciągłego pedałowania pod górę sił zaczyna trochę brakować. Jednak jakoś po trzech godzinach jazdy meldujemy się na górze. Trochę się grzebaliśmy robiąc co jakiś czas krótsze i dłuższe odpoczynki, trochę fotografując, trochę po prostu marudząc.


Na górze dajemy odpocząć pośladkom, bo to one głównie cierpią na podjazdach, regenerujemy się kilka minut, przegryzamy coś na szybko i jedziemy dalej. Czeka nas, który to już na wyprawie, zjazd serpentynami, tym razem do Andrejevicy i dalej do Berane, chyba największego miasteczka jakie odwiedzamy w tym dniu.
I co? I oczywiście łapiemy kapcia. Dawno się nie widzieliśmy. Ot taka nieodłączna atrakcja wyprawy.
Kapeć załatany więc jedziemy dalej i po kilkudziesięciu minutach meldujemy się w Berane. Szukamy czegoś lokalnego na szybki obiad kręcąc się po deptaku w centrum miasteczka. Objeżdżamy centrum i lądujemy w fantastycznym przybytku typu połączenie “pekary” i sklepu mięsnego. Znowu, jak w Kotorze właścicielka proponuje nam świeżutkie danie, robione przy nas Ćevapčići, ze świeżo wypieczonymi bułkami typu knysza. Do tego flaszka jogurtu i jesteśmy szczęśliwi. Niestety w lokalu nie ma klimatyzacji, w zasadzie cała witryna wejściowa jest rozsunięta i siedzimy de facto na zewnątrz trochę zalewając się potem. Na szczęście samo słońce nie dociera do lokalu, więc da się jakoś wytrzymać.

Po kilku minutach oczekiwania dostajemy trzy talerze z dużymi, a jak się wkrótce okazuje również pysznymi Ćevapčići. Trochę się męczymy, gdyż danie jest naprawdę potężne. Dodatkowo dopełniamy się jogurtem i colą.
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Musimy jechać dalej, gdyż do mety zostało nam jeszcze jakieś 35 km, a i ukształtowanie terenu nie pozwala na dalsze ociąganie się z jazdą.

Ruszamy więc na trasę zaliczając po drodze stację benzynową w celu dopompowania koła ze złapanym wcześniej kapciem. Od tego momentu jedziemy na poważnie, tym bardziej że czeka nas kolejny podjazd. Tym razem 15 km w dość mocnym upale.
Pewnie jesteście już znudzeni tymi ciągłymi dygresjami na temat podjazdów, ale cóż zrobić, taka dola “sakwiarza”, że jego aktywność jest determinowana ilością podjazdów i stopniem nachylenia drogi. To na nich wylewamy hektolitry potu mając ze zmęczenie niejednokrotnie “mroczki” przed oczami, łapiąc zachłannie mocno rozchwiany oddech nie mówiąc o zakwaszeniu mięśni, które odmawiają posłuszeństwa. Sakwiarza jest w stanie zrozumieć tylko inny sakwiarz, który miał tego samego typu problemy i wjeżdżał rowerem obciążonym dodatkowo 30 – to kilogramowym bagażem.
No dobrze. Koniec narzekania. Powoli, po ok. 2-ch godzinach jazdy dojeżdżamy do tunelu Lovke przecinającego zbocze i wyprowadzającego nas na jego drugą stronę, na której zaczynamy zjazd do docelowego w tym dniu miasteczka czyli Rožaje, które osiągamy po kolejnych 30-tu minutach.
Rozglądamy się za miejscem do rozbicia namiotów na dziko. Niestety teren nas nie rozpieszcza. Dolina jest bardzo wąska, dodatkowo mocno zurbanizowana, a posesji z ogrodem, w którym potencjalnie moglibyśmy się rozbić jak na lekarstwo. Robimy jeszcze dość duże zakupy na kolację i śniadanie następnego dnia i powoli przemieszczamy się wzdłuż miasteczka.
Na końcu miasta znajdujemy dwie fajne miejscówki do założenia biwaku, ale w pierwszym z nich nie zgadza się właściciel posesji, a z drugiego pogoniły nas psy.
Cóż robić? Zaczynamy jazdę po trasie kolejnego dnia chociaż nie planowaliśmy tego. Na dodatek coraz bardziej goni nas burza.
Pokonujemy kolejne serpentyny “jutrzejszego” podjazdu do granicy serbskiej mijając z rzadka rozrzucone domostwa, pytając się w zasadzie w każdym z nich czy możemy gdzieś tutaj rozbić namiot. Bezskutecznie.

W pewnym momencie znajdujemy boczną dróżkę wyprowadzająca na kawałek łąki na wzgórzu. Nie zastanawiamy się dłużej, tym bardziej, że pierwsze krople deszczu zaczynają już lecieć z coraz ciemniejszych chmur. W pierwszej kolejności rozstawiamy 3 – osobowy namiot Wojtka i chowamy się do środka. Nawałnica rozpętała się na dobre. Na szczęście nie trwała zbyt długo.
Po około pół godzinie wychodzimy z namiotu, rozbijamy kolejne namioty i przygotowujemy kolację. trochę kiepsko chodzi się po mokrej łące. Stąpamy jak bociany, a i tak buty są mokre.



Jakoś jednak sobie radzimy. Zastanawiamy się jak poradzić sobie z toaletą wieczorną. Mariusz decyduje się na “nieuprawnione wtargnięcie” na prywatną posesję obok, na której znajduje się szlauch z wodą. Udaje mu się umyć, jednak “wyciąga” z domu właściciela, który lustruje nas z oddali nie stwierdzając jednak zagrożenia i wraca do domu. Mi z Wojtkiem przypadło w udziale umycie się wilgotnymi chusteczkami w ilości czterech sztuk na osobę. Do komfortu jest może daleko, ale jakoś się udało usunąć chociaż wierzchnie warstwy brudu i potu. Trochę odświeżeni, trochę mimo wszystko “na trolla” zasypiamy około 22:00.
Jutro wracamy do Serbii na ostatnie etapy wyjazdu. Jak ten czas szybko leci.

