BAŁKANY,  BAŁKANY 2022,  CZARNOGÓRA,  OKOŁOROWEROWO,  REGIONY,  SPORT I PODRÓŻE,  WYPRAWY

Wspinaczka w Parku Narodowym Lovćen – Dzień XI i XII wyprawy.

Pobudka o 5:00. Dzisiaj jeden z najtrudniejszych i najdłuższych dni jazdy, a mianowicie wspinacza w masywie Jezerski (1 657 m n.p.m.) w Parku Narodowym Lovćen dlatego komfort leniuchowania porannego musimy odłożyć na kolejny dzień. W planie jest podjazd od poziomu morza, czyli 0 m n.p.m. na około 1430 m n.p.m.

Spakowani byliśmy już w dniu wczorajszym, więc po zjedzeniu szybkiego śniadania na rowerach byliśmy już przed 6:00. Na trasę wybieramy się we dwóch z Wojtkiem. Mariusz niestety ma misję znalezienia serwisu rowerowego, naprawę koła i dojazd najkrótszym wariantem trasy do Buljaricy. Ostatecznie niepowodzeniem kończy się naprawa koła w Kotorze i dopiero “fachowcy” z Budvy wymieniają szprychę na nową i centrują koło.

Jako, że było bardzo wcześnie udaje nam się przejechać rowerami przez opustoszałą o tej porze dnia kotorską starówkę (przejazd udokumentowany na filmie dołączonym do poprzedniego artykułu). Spotykamy nielicznych właścicieli knajpek polewających wodą chodnik, jakichś pojedynczych zagubionych turystów i oczywiście wszędobylskie kotorskie koty. Normalnie starówką nie dałoby się przejechać. Zarówno spacerujący turyści jak i oficjalny zakaz poruszania się rowerem po starówce skutecznie zniechęcają do tego typu czynów.

Kotor widziany z okolic wsi Trojica.

Po przejechaniu starówki zaczynamy wyjeżdżać z miasta początkowo w dość dużym ruchu samochodowym trasą w kierunku Budvy, jednak po kilkuset metrach skręcamy w mało uczęszczaną trasę prowadzącą przez góry do Cetinje. Od tego momentu koło za kołem wspinamy się do góry. Na szczęście jedziemy po zacienionej stronie stoku więc chociaż upał nam nie doskwiera. Tak rozpoczęliśmy nasz 30 – kilometrowy podjazd. Początkowo jedziemy po dość rzadkich zakrętach, które z czasem,  po minięciu wioski Trojica przechodzą w niezwykle gęstą sieć, prawie nakładających się serpentyn. W zasadzie tutaj zaczyna się najciekawsza część podjazdu. Towarzyszą nam niesamowite widoki, zarówno w kierunku Zatoki Tivat, jak i Boki Kotorskiej, z coraz mniejszym Kotorem widzianym z góry.

Zatoka Tivat.
Na serpentynach.
A w dole Kotor.

Sceneria jest naprawdę nieziemska. Mimo, że do szczytu wzniesienia mamy jeszcze sporo to w zasadzie na poziomie 800 – 900 m n.p.m. widzimy jak sporo w pionie już podjechaliśmy. Ruch samochodowy jest znikomy i tak się dzieje, aż do późniejszego zjazdu do Cetinje, jednak w pewnym momencie cisza zostaje zastąpiona rykiem silników, a nas mija kilkadziesiąt, eskortowanych przez policję, wypasionych sportowych samochodów, żywcem przeniesionych z filmu “Szybcy i Wściekli”. Dawno, a w zasadzie nigdy wcześniej,  nie widziałem w jednym miejscu i jednym czasie takiej ilości najnowszych sportowych Ferrari, Porsche, Lamborghini itp. Nigdy nie pociągały mnie szybkie, wyszpanione samochody jednak nawet na mnie zrobiły one wrażenie. Było na co popatrzeć.

Odpoczynek na Przełęczy Krstac (937 m n.p.m.).

Po tym specyficznym widowisku ruszamy dalej. Zrobiło się nieco lżej bo teren trochę się wypłaszczył. Był to tylko pozorny odpoczynek, gdyż do szczytu wzniesienia pozostawało ok. 400 – 500 metrów czego nie było widać z tego fragmentu trasy. W efekcie za wypłaszczeniem robi się stopniowo coraz bardziej stromo. Tak jak by ktoś się zmówił, żeby popsuć nam humor. Jedziemy ciężko kilkukrotnie odpoczywając, prawie się załamując przy znaku informującym o 11-to procentowym nachyleniu drogi. Ale jak to? To będzie jeszcze bardziej stromo? Niestety było. 

Po około 5-ciu godzinach podjazdu stajemy po godzinie 12:00 na szczycie wzniesienia. Kilka fotek, zakupy miodowej rakiji pod zbliżające się moje urodziny (na marginesie – była ohydna. Gdyby nie mocno schłodzony arbuz chyba byśmy jej nie wypili) i ruszamy w dół. I po co było tu wjeżdżać, męczyć się, skoro na koniec dnia znowu wylądujemy na poziomie “0”.

Przed nami …
… i za nami Jezerski (1657 m n.p.m.).

15-to kilometrowy zjazd do Cetinje upływa bardzo szybko. Mkniemy z prędkością ok. 55 km/h robiąc dość mocne dohamowania na licznych serpentynach wypłaszczających zjazd.

Goni nas burza. W pierwszych kroplach deszczu wjeżdżamy do Cetinje i kierujemy nasze rowery do napotkanej po drodze restauracji. Postanawiamy tam chwilę zostać, pożywić się kolejną zupą rybną wyjazdu (kolejną bardzo dobrą), przeczekać deszcz.

Godzina odpoczynku, z powrotem pojawia się słońce, więc ruszamy dalej, wszak do mety pozostało jeszcze ok. 50 km, w tym kolejny 400 – metrowy podjazd. Niestety w okolicy wioski Obzovica dopada nas nawałnica. Ściana deszczu powoduje, że w ciągu kilkunastu sekund jesteśmy doszczętnie mokrzy, a założenie kurtek nic nam nie pomaga. Nie zmienimy już tego stanu, więc pogodzeni z losem decydujemy się na dalszą jazdę. W zasadzie to nawet nie było wyboru, gdyż po drodze nie było nawet gdzie się schować. Po kilkunastu minutach jazdy w strugach deszczu wjeżdżamy do tunelu, który nie był oznaczony na mapie, więc trochę się zaskoczyliśmy. Jednak jeszcze większym zaskoczeniem był wyjazd z tunelu. Okazało się bowiem, że po jego drugiej stronie deszcz w ogóle nie pada, a my cali mokrzy wręcz nie przystajemy do otaczającego nas “suchego” świata.

Suszymy się na zjeździe do Budvy jadąc w dość dużym natłoku samochodów, tworzących dość pokaźny korek już w samej Budvie. Nam na szczęście, jak to na jednośladach, udaje się cały czas jechać bokiem. 

W Budvie postanawiamy się rozdzielić. Wojtek jedzie jeszcze na stare miasto, a ja już samotnie podążam w kierunku naszego campingu w Buljaricy. Nie wiem czy przejechałem 2 km kiedy ponownie zaskakuje mnie deszcz. Chowam się pod gankiem jakiegoś budynku i nagle zaskoczenie. Dojeżdża do mnie Mariusz z naprawionym już kołem. Okazało się, że nieopodal robił zdjęcia i zauważył jak chowam się pod pobliskim gankiem. Super. Nie będę musiał jechać dalej sam. 

Po kilku minutach deszcz przestaje padać, więc ruszamy na ostatni 15 – kilometrowy odcinek jazdy. Droga ciągnie się w nieskończoność. Jesteśmy, a przynajmniej ja, dość mocno “wyjechani”, a tutaj góra – dół, góra – dół. Powoli zaczyna brakować sił.

Sveti Stefan.

Jeszcze jeden krótki postój na sesję fotograficzną w rejonie miejscowości Sveti Stefan, jeszcze 12 km i już. Mijamy tablicę miejscowości “Buljarica”, skręt w prawo i jesteśmy na gościnnym campingu, o wdzięcznie brzmiącej nazwie MASLINA, czyli po naszemu OLIWKA.

Na campingu „Maslina”.

Rozbijamy się dokładnie w tym samym miejscu, w którym spędziłem kilka lat temu 10 dni z rodzinką.

Obok nas rozbity był sympatyczny motocyklista z Niemiec, a de facto Ślązak z Kędzierzyna Koźla. Razem spędzamy wieczór, delektując się miejscową kuchnią i lokalnym, zimnym piwem.

Plaża Buljarica

Co do dnia następnego.

Już przed wyjazdem planowaliśmy, że w Buljaricy spędzimy jeden dzień odpoczynku. Tak więc regeneracja dosięgła nas w pełnym wymiarze. Jest czas na większą przepierkę, plażowanie i kąpiel w morzu, chociaż w moim przypadku słowo kąpiel to za dużo powiedziane. Temperatura wody niestety skutecznie odstraszyła mnie od większych wyczynów pływackich. Nie wiem czy to wina jakiegoś prądu, czy moje subiektywne odczuwanie temperatury, ale miałem wrażenie, że woda była tak samo “ciepła” jak w Bałtyku. 

Na “nierobieniu nic” minął nam w zasadzie cały dzień, który zakończyliśmy, jak już wcześniej wspominałem, kieliszkiem miodowej rakiji z okazji moich urodzin. Dobrze, że był z nami Andrzej, czyli śląsko-niemiecki motocyklista, który pomógł nam wypić ten szlachetny trunek. W przeciwnym wypadku nie wiem czy nie skończyłby w toalecie.

To był nasz ostatni dzień pobytu nad Adriatykiem oraz ostatni dzień odpoczynku na trasie. Jutro ruszamy powoli w kierunku gościnnej Serbii, ale o tym później.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *