
Wzdłuż Boki Kotorskiej – Dzień X wyprawy.
To miał być przyjemny, krótki przejazd – jakieś 85 km, bez większych podjazdów i trudności terenowych, na spokojnie.
I tak się zaczął. No może nie do końca, gdyż z naszego pensjonatu trzeba było od razu zacząć krótki podjazd, który w pewnym miejscu miał nawet 12% nachylenia.

Mimo to jakoś się wdrapaliśmy na górę i z coraz większą prędkością zaczęliśmy zjeżdżać w kierunku Zatoki Kotorskiej. Co róż nad naszymi głowami startowały lub lądowały samoloty, gdyż droga prowadziła obok portu lotniczego Dubrownik.
Jak to bywało przez większość dni jazdy dzień bez pecha to dzień stracony. Nie zdziwiło więc mnie zdarzenie na ok. 15-tym kilometrze jazdy, kiedy to Wojtek po raz kolejny złapał kapcia. Szybka wymiana dętki i jedziemy dalej.

Jako, że nieszczęścia chodzą parami kilkaset metrów dalej Mariusz łamie szprychę w tylnym kole. Nie wiadomo z jakiej przyczyny doszło do tego. Czy szprychy były za lekko lub za mocno naprężone, czy też sakwy na tylnym bagażniku były nierównomiernie zapakowane?

Trochę to trwało zanim zabezpieczyliśmy połamaną szprychę przed dalszymi uszkodzeniami roweru i niestety w trochę popsutych humorach ruszyliśmy dalej. Co róż rozglądaliśmy się za serwisami rowerowymi, jednak bez rezultatu. Żadnego nie znaleźliśmy. W efekcie na uszkodzonym kole Mariusz dojechał do samego Kotoru.
Jedziemy dalej zatrzymując się dopiero na chorwacko – czarnogórskim przejściu granicznym, definitywnie żegnając Chorwację. Co dla nas zaskakujące, biorąc pod uwagę wcześniejsze doświadczenia, musimy kilkanaście minut odstać w kolejce do odprawy paszportowej, a upał dokucza dość mocno.

Po przekroczeniu kolejnej granicy i ponownym wjeździe do Czarnogóry tempo jazdy spadło nam wydatnie, ale jakoś bez dalszych strat dotarliśmy do miejscowości Tivat, w której Mariusz postanowił skrócić trasę i przejechać część drogi, a w zasadzie przepłynąć promem, aby być w Kotorze wcześniej w celu zlokalizowania jakiegoś serwisu rowerowego.

Trzon grupy postanawia jechać zgodnie z planem, wzdłuż zatoki. Nie jedziemy zbyt szybko, gdyż co chwilę zatrzymujemy się na sesje fotograficzne. Po prostu Boka Kotorska nas urzekła. Maleńkie osady, domy pokryte czerwoną dachówką, potężne góry schodzące prosto do morza robią naprawdę wrażenie.


Jak w prawdziwym fiordzie nie wiemy co będzie za zakrętem, w którą stronę będzie prowadzić droga, jaka kolejna zatoczka wyłoni się z za drzew, czy będzie trzeba ją objeżdżać, czy przeskoczymy mostem?
Po drodze spotykamy sympatyczne małżeństwo z Niemiec i chwilę rozmawiamy na temat naszej wyprawy, trudów jazdy itp. Państwo są zauroczeni naszą podróżą. Bardzo żałują, że nie mają niczego zimnego do picia bo chętnie by nas poczęstowali. Przepraszają, ale nie mają chłodzonego schowka ani lodówki samochodowej. Jest im bardzo przykro z tego powodu.

Sytuacja była bardzo sympatyczna, potwierdzająca wiarę w ludzi, o czym przekonaliśmy się w trakcie wyprawy niejednokrotnie.
Mijamy kolejne małe wioski, w których dominują budynki rodzinnych pensjonatów i restauracji, dłuższy postój robiąc dopiero w Morinj. Delektujemy się zimnym radlerem spożywanym w cieniu drzew, fotografujemy co się da. Jest potwornie gorąco.



Niestety trzeba wsiąść na rowery i jechać dalej. Kilometry dość szybko uciekają. Jazda wzdłuż wybrzeża to ciągłe, krótkie podjazdy i zjazdy. Co róż zmieniamy się na prowadzeniu zasłaniając się od wiatru, wydatnie ułatwiając tym sposobem pokonywanie kolejnych kilometrów. Dzięki temu po około półgodzinie od wyjazdu z postoju docieramy do Perastu, drugiej po Kotorze perełki Boki Kotorskiej.

Perast to urokliwe miasteczko cieszące się równie dużą popularnością, jak Kotor. Jego głównym atutem jest malownicza lokalizacja w samym sercu Boki. Tuż obok niego znajdują się dwie, maleńkie wysepki: Sveti Dorde (św. Jerzego) oraz Gospa od Škrpjela (Matki Boskiej na Skale). Na tej drugiej znajduje się uroczy kościółek, który można odwiedzić w ramach rejsu wycieczkowego łodzią z Perastu. Samo miasteczko ma całkiem sporo zabytków, głównie eleganckich pałaców.

Podczas wielkiego trzęsienia ziemi w kwietniu 1979 r. miasteczko zostało poważnie uszkodzone. Do dzisiaj nie zostało w pełni odbudowane. Perast wraz z Kotorem i innymi okolicznymi miejscowościami został w październiku 1979 r. wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO jako część tzw. Przyrodniczego i Kulturowo-Historycznego Regionu Kotoru.
FILM!FILM!FILM!FILM!FILM!FILM!FILM!FILM!FILM!FILM!FILM!FILM!FILM!FILM!FILM!FILM!FILM!FILM!
Plusem Perastu jest między innymi to, że nie można do niego co do zasady wjechać samochodem, przez co uliczka biegnąca wzdłuż nabrzeża jest dużym deptakiem, po którym my gościnnie, pomału przejechaliśmy rowerami.
Jedziemy jeszcze kilkanaście kilometrów i ok. 15:00 meldujemy się pod naszym, jeszcze zamkniętym hostelem w Kotorze.

Na dojeździe spotykamy Mariusza. Niestety w kwestii wymiany szprychy i centrowania koła nic się nie zmieniło. Nie udało się znaleźć nikogo, kto podjąłby się tematu. Trzeba naprawę odłożyć do kolejnego dnia. Niby w Kotorze ktoś taki jest, niby ma serwis rowerowy w sklepie z elektronarzędziami, ale trzeba czekać bo dzisiaj jest niedziela.
Tymczasem w oczekiwaniu na wejście do hostelu zamawiamy po zimnym piwie w kafejce położonej tuż obok i jak to często bywa, w momencie kiedy kufle lądują na stole pojawia się zarządzający hostelem. Trzeba szybko się uwijać.
Po chwili jesteśmy już w środku. Postanawiamy jak najszybciej dokonać toalety i ruszyć w miasto.






Kotor. Jakżesz podobny, a zarazem jakżesz inny niż Dubrownik. Niby sporo turystów kręci się po starym mieście, ale są oni jakoś rozproszeni. W cieniu wysokich murów kamienic panuje orzeźwiający chłód potęgowany częstym polewaniem wodą chodnika. Miło się spaceruje. Trochę wracają per analogia wspomnienia, może nie najlepsze, z przemierzania wąskich uliczek marokańskiego Fezu, w którym zgubiliśmy się swego czasu. Jednak tutaj jest o niebo bezpieczniej, a i sam labirynt uliczek nie jest tak skomplikowany jak w medinach marokańskich miast.

Kotor jest Jednym z najważniejszych, turystycznych symboli Czarnogóry. Jego niesamowita, otoczona murami starówka została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i cieszy się równie dużą popularnością, jak stare miasto w Dubrowniku. Kotor w sezonie bywa mocno zatłoczony za sprawą wielkich statków wycieczkowych wpływających do zatoki. Ale mimo tłoku, wąskie, klimatyczne, pełne śródziemnomorskiego uroku uliczki i znajdujące się tam zabytki zachwycą każdego. Jednak największą atrakcją Kotoru są mury miejskie oraz górująca nad starówką Twierdza św. Jana, skąd rozciąga się jeden z piękniejszych widoków na Zatokę Kotorską oraz schodzące do niej zbocza gór Lovćen, na które będziemy się wspinać w dniu następnym.



Po przemierzeniu starego miasta wzdłuż i wszerz oraz zagonieniu obiadu w specyficznej smażalni, która na wejściu wyglądała jak sklep mięsny, postanowiliśmy nieco odpocząć w murach starego miasta. Zasiedliśmy więc na małym piwie w dość klimatycznej jazzowej knajpie z wyświetlanym na murze niemym filmem sprzed lat. Trzeba przyznać, że projekcja naprawdę współgrała z coraz bardziej wyciszającym się, wieczornym miastem.



Jeszcze mała dygresja na temat kotów. Nazwa miasta, chociaż nie ma nic wspólnego z kotami, zobowiązuje. Koty są bowiem obecne na każdym kroku i cieszą się wielką estymą zarówno turystów jak i właścicieli okolicznych sklepików czy restauracji. Zaleganie kota na kawiarnianym fotelu jest widokiem dość częstym i akceptowalnym. Dodatkowo w mieście można kupić mnóstwo gadżetów związanych z kotami, jako współczesnymi ambasadorami miasta.






Mapka z trasy poniżej:

