
Serpentynami i tunelami Durmitoru – Dzień V wyprawy.
Na tą chwilę czekaliśmy pełni nadziei. Miał to być jeden z najbardziej atrakcyjnych dni jazdy całej wyprawy, chociaż wyzwanie było dosyć spore. Nie zawiedliśmy się. Zarówno pogoda, jak i atrakcje terenowe sprawiły, że na pewno będziemy go długo pamiętać.
Zastanawialiśmy się jak nam pójdzie, gdyż mieliśmy do przejechania dwie, najwyżej położone przełęcze wyjazdu zlokalizowane na wysokości 1908 m n.p.m. i 1854 m n.p.m., a startowaliśmy z około 1500 m n.p.m.
Z początku obawialiśmy się tej drogi, gdyż prognozy pogodowe znowu się pogarszały.
Jednak jak to bywa z prognozami tym razem się nie sprawdziły. Cały czas towarzyszyła nam bezdeszczowa aura i gdyby nie porywisty, zimny wiatr byłoby idealnie.

Po dość sprawnym pakowaniu opuściliśmy nasz gościnny pensjonat około 8:30 i ruszyliśmy główną drogą, co ciekawe w dół. Nie było nam to zbytnio w smak, gdyż każdy taki zjazd w efekcie końcowym trzeba będzie odrabiać, ale co było zrobić. Tak prowadziła droga. Na szczęście po przejechaniu około dwóch kilometrów skręcamy z głównej drogi w kierunku na Plużine. Ruchu samochodowego zero, asfalt całkiem fajny, a i nachylenie terenu nie zabija od razu. “Niestety” pojawiają się pierwsze widoki co powoduje częste przerwy na fotografowanie i spadek tempa jazdy. Ale nie mogliśmy sobie tego odpuścić. W końcu nie wiadomo czy i kiedy tutaj wrócimy.

Widoki zniewalają. Są coraz rozleglejsze. Mamy wrażenie, że jesteśmy w naszych Tatrach, tylko ludzi jakby trochę mniej, a nawet wcale. Czasami przejedzie pojedynczy samochód, czasami widać turystę z plecakiem.
Mimo tych atrakcji powoli wspinamy się na pierwszą z przełęczy coraz bardziej się rozjeżdżając. Podjazd jest dość długi, więc każdy jedzie w swoim tempie.



Wjeżdżając na górę nadzialiśmy się na bardzo mocny wiatr od czoła. Nie było więc jakiegoś dużego zasiadu tylko szybkie ubieranie kurtek i zjazd w dół wśród częstych jeszcze pól śniegowych. Zjazd jest niesamowity i gdy wydawało się, że całość męczarni już za nami znowu zaczęliśmy podjeżdżać. Znowu trzeba było nadrabiać kilkaset metrów, które tak szybko zgubiliśmy na zjeździe. I znowu mozolnie zdobywamy wysokość, na szczęście wiedząc, że to druga i zarazem ostatnia z przełęczy, która wyciska z nas tyle potu i zmęczenia.




Udało się. Jesteśmy na górze. Teraz pozostaje jedynie ruszyć w dół, a do zgubienia mamy około 1500 metrów. Z ułańską fantazją zaczynamy zjeżdżać. Początkowo ostrożnie, szczególnie na zakrętach, potem trochę śmielej. Kilometry uciekają bardzo szybko. Na licznikach 50 – 60 km\h. To co zajęło nam tyle godzin szybko jest tracone. Jednak fakt, że byliśmy tak wysoko powoduje, że obniżenie terenu majaczące przed nami wydaje się nie przybliżać. Nadal jesteśmy bardzo wysoko.
Powoli pojawiają się jakieś pierwsze osady. Trochę wyludnione, sprawiające wrażenie wymarłych popegeerowskich wsi. Ani żywego ducha.
Ku naszemu zaskoczeniu przed wioską Trsa, w której zaplanowaliśmy przystanek pojawia się podjazd. No tego się nie spodziewaliśmy. Bardziej z negatywnego nastawienia, niż z powodu trudności samego podjazdu dość ciężko go pokonujemy. A za nim znowu zjazd i znowu serpentyny. Tym razem dość szybko dojechaliśmy do restauracji, w której było nawet kilku miejscowych dających wokalny popis znajomości pieśni bałkańskich.
Zamawiamy kawę i zupę z jagnięciny, która smakuje przednie. Nie wiem czy była taka dobra, czy dlatego, że trochę zmarzliśmy, a ona była gorąca, jednak zjedliśmy ją ze smakiem.
Okazało się, że restauracja, w której jedliśmy bywa często odwiedzana przez Polaków, o czym świadczyły naklejki różnych klubów, ekip podróżujących, naklejane na drzwi restauracji. Dołożyliśmy się również do tego zbioru.


Po konsumpcji, nieco rozleniwieni musieliśmy ruszać dalej. Przed nami był jeszcze kawał drogi.
Mapka dojazdu:
Jedziemy. Czasem w górę, czasem w dół. W ostatecznym rozrachunku ta huśtawka terenowa doprowadziła nas do po punktu widokowego zlokalizowanego nad kanionem Pivy. Kolejne, nieco inne, ale jakże powalające widoki. Znowu uzmysłowiliśmy sobie, że mimo wielu kilometrów zjazdów jesteśmy jeszcze potwornie wysoko. Tafla Jeziora Pivskiego wydawała się stąd tak odległa.



Uskuteczniamy szybko kolejną sesję fotograficzną i filmową, ładujemy “akumulatory” i ruszamy w dół. Od tego momentu nasza droga zupełnie się zmienia. Zjeżdżamy przez ponad 60 tuneli, nieoświetlonych, często z zakrętami, zastanawiając się kiedy coś nam się przydarzy. Jest bardzo niebezpiecznie. Wprawdzie rzadko, ale co jakiś czas mija nas samochód jadąc bardzo blisko. Droga jest szalenie wąska.
Taki zjazd do tafli jeziora trwał około 40 minut. Przy jeziorze postanowiliśmy się zatrzymać, uspokoić emocje i ściągnąć trochę ciuchów, gdyż zrobiło się nieco gorąco.
Wsiadamy na rowery i jedziemy dalej. Droga wzdłuż jeziora szybko nam mija. Krajobraz, aż do tamy spiętrzającej rzekę Pivę prawie się nie zmienia. Tunel, prosta, tunel, tunel, zakręt, podjazd, tunel …i tak do …




Od tamy już praktycznie cały czas mamy z górki.
Ani się obejrzeliśmy kiedy z za zakrętu wyłonił się posterunek graniczny w Szczepan Polje. Znudzony mundurowy zamiast zeskanować nasze paszporty spisał dane do wielkiej księgi i kazał jechać dalej. Za rzeką znowu była Bośnia.
O tym, że ponownie wjeżdżamy do tego pięknego kraju przekonaliśmy się już za szlabanem. Kiedy skończył się czarnogórski asfalt wjechaliśmy na rozsypujący się, drewniany most graniczny, za którym była już tylko droga powstała z połączenia resztek asfaltu, szutru i gliny. Taka to międzynarodowa mieszanka.


Samego siebie przeszedł też bośniacki strażnik graniczny, który był tak leniwy, że nawet nie chciał oglądać naszych paszportów i kazał jechać dalej. Chyba wyrwaliśmy go ze snu.

Zaraz za granicą postanowiliśmy znaleźć miejsce noclegowe, gdyż w następnym dniu Wojtek i Mariusz chcieli popłynąć pontonami w ramach raftingu po Tarze.
Trochę to trwało zanim znaleźliśmy coś ciekawego, chociaż kampów oferujących w tym miejscu noclegi jak i spływy pontonowe jest mnóstwo.
Tak więc na jednym z nich, w miejscowości Hum, zanocowaliśmy w domku, a na drugim chłopcy zarezerwowali spływ (był 10 Euro tańszy).

Co do samego domku to okazało się, iż jest on z przychówkiem. Oprócz fragmentów gałązek na pościeli, które po prostu ktoś mógł tam zostawić, zaobserwowaliśmy, szczególnie w nocy, jakieś buszowanie w podszyciu dachu. Nie udało nam się jednak zidentyfikować tego dzikiego lokatora.
Wieczorem czekała nas jeszcze pewna niespodzianka. I nie chodziło w tym momencie o wizytę w naszej łazience trzech osłów, które postanowiły trochę pobuszować w śmietniku. Otóż w miejscowej restauracji mogliśmy uczestniczyć w występach miejscowej grupy muzycznej, która dała koncert na żywo.

Pomieszanie popu z muzyką bałkańską, trochę rytmiczną, trochę nostalgiczną na początek było całkiem fajne. Jednak kiedy w efekcie końcowym okazało się, że będą grać do 2-giej w nocy trochę miny nam zrzedły (od 2-giej była cisza nocna).
Tak jak zapowiedzieli tak zrobili. Pośpiewali, pograli i o drugiej zwinęli interes. W końcu można było zasnąć.

