Do Alicante przez Costa de Valencia i Costa Blanca.
Po dniu przerwy znowu ruszamy na trasę. Przed nami ostatnie trzy dni jazdy wzdłuż wybrzeża.
Na dzień dobry planujemy dojechać do rekreacyjnego miasteczka Oliva. Kilometrów nie za dużo bo tylko ok. 70, teren płaski, więc o zmęczeniu nie powinno być mowy.
Pierwszą część trasy jedziemy dosyć smutnym, mocno zurbanizowanym terenem, ruchliwą drogą, wśród zgiełku samochodów. Czasami wyprzedzają nas kolarze szosowcy.



Architektura nie powala, mijamy blokowisko za blokowiskiem. W porównaniu do wprawdzie opuszczonych, ale urokliwych miasteczek Kraju Basków czy Kastylii obecnie mijane budowle to istny koszmar. Mniej więcej w połowie trasy przerzucamy się na tereny zalewowe. Nie wiem czy to solanki, czy pozostałości pól ryżowych. Od grobli do grobli, wzdłuż wielu kanałów, między jednym, a drugim zbiornikiem. Pomału, ale dość wygodnie połykamy kilometr za kilometrem. Jedzie się całkiem dobrze, tylko ten upał i brak cienia trochę nas męczą. Cały czas towarzyszą nam stada czapli i ibisów.

Z czasem mokradła przechodzą w rozległe, wielohektarowe plantacje pomarańczy i mandarynek. Niestety nie możemy ich spróbować, chociaż trochę owoców wisi na drzewach, gdyż wszystko jest skrupulatnie ogrodzone.



Do celu dojeżdżamy dość wcześnie, bo ok. godziny 13:30. Rozbijamy się na campingu i korzystamy z kąpieli w morzu. Grzech nie skorzystać, gdyż od naszych namiotów do wody mamy jakieś 20 metrów.

Czas zabijamy odpoczynkiem. Mały obiad, jakieś piwko wypite w cieniu parasoli miejscowej restauracji, spacer w upale do miejscowego LIDL-a.
Na campingu dominują kampery i duże przyczepy campingowe. Oprócz nas nie ma żadnych innych namiotów, o rowerzystach nie wspominając, czym budzimy powszechna sensację. Nie wiem czy w dowód podziwu, uznania za nasz trud, czy po prostu w ludzkim odruchu jesteśmy częstowani zimnym piwem przez miejscowych “rezydentów”. Robi nam się bardzo miło, gdyż nie spodziewaliśmy się takiego uznania.


Dzień kończymy lampką wina i udajemy się do namiotów. Czas spać.
Przedostatni dzień jazdy. Śmigamy wzdłuż wybrzeża do Benidorm, okupowanego przez turystów z Wielkiej Brytanii nadmorskiego kurortu, w którym praktycznie nic nie ma. Same campingi i apartamentowce. Całość obsługi ruchu turystycznego nastawiona na klientów z Anglii, których jednorazowo potrafi tu być około 1 miliona. Coś strasznego.
Ale po kolei.
Po tradycyjnej owsiance ruszamy na trasę dość ruchliwą drogą wzdłuż wybrzeża. Na szczęście cały czas wydzieloną środkiem jezdni ścieżką rowerową. Nawigacyjnie nie jest lekko. Trzeba mocno uważać, żeby nie zostać na światłach, nie zgubić się na rondach, nie wjechać w drogę jednokierunkową.


Po wyjeździe z miasta znowu przemieszczamy się wśród gajów pomarańczowych. Bardzo kluczymy i wydaje się, że kręcimy się w kółko. W końcu jednak obieramy azymut na południowy – zachód i śmigamy główną drogą do miasteczka Denia, przypominającego nasze Gąski. Kilka knajpek, trochę podstarzałych turystów z Niemiec i Holandii, sielanka.
Wypijamy tradycyjną kawkę i po około godzinnej przerwie ruszamy na pierwszy i zarazem najcięższy w dniu dzisiejszym podjazd, kończący się na bardzo wysokim, obfitującym w przepiękne widoki i zwieńczonym latarnią morską, klifie Przylądka Św. Antoniego.



200 metrów podjazdu serpentynami pokonujemy zadziwiająco szybko. Docieramy do latarni morskiej i napawamy się widokami. Odpoczywamy, trochę fotografujemy i filmujemy. Jednak trzeba jechać dalej. Przed nami zjazd do Xabii, za którą znowu podjeżdżamy. Tych zjazdów i podjazdów jest dość sporo. Nie pozwalają one w żaden sposób wypocząć, a upał nie odpuszcza.
FILM!!!FILM!!!FILM!!!FILM!!!FILM!!!FILM!!!FILM!!!FILM!!!FILM!!!FILM!!!FILM!!!FILM!!!FILM!!!FILM!!!
Jesteśmy coraz bliżej charakterystycznej skały słynnego przylądka Calp. Trochę przypomina mi się przejazd z Algeciras w kierunku Marbelli, w trakcie którego cały czas towarzyszył nam widok na skałę gibraltarską.
Z Calp pozostaje do mety tylko 20 km. Lampa potworna, a my szukamy campingu. Mimo tego, że jest ich w Benidorm dość dużo pierwsze z nich okazują się być pełne. Zaczynamy się trochę denerwować, że nie będzie gdzie spać, ale za którymś razem udaje się “zaokrętować”, na jak się okazało najtańszym campingu wyjazdu.


Przed rozbiciem namiotów zalewamy się trochę piwem w kempingowej restauracji. Jednak trzeba się zmusić do ostatniego rozbicia namiotów na tym wyjeździe, mimo że nasza parcela nie ma żadnego cienia. Jutro już Alicante i nocleg w budynku.
No i nadszedł koniec naszej wyprawy, przynajmniej jej rowerowej części. Trochę żal kończyć, a z drugiej strony trochę jednak tęskni się do domu.



Ostatni etap wydawał się dość prosty. 53 km jazdy z Benidorm do Alicante nie sprawiło nam jakiś problemów, chociaż podjazdów było dość sporo. Ponownie sporo uwagi trzeba było poświęcić nawigacji, która prowadziła nas tradycyjnie po terenach mocno zurbanizowanych, przynajmniej w początkowym odcinku jazdy i na koniec w samym Alicante. Środkowa część trasy wiodła drogą krajową, na szczęście z dość szerokim pasem awaryjnym, więc mimo dość dużego ruchu samochodowego jakoś dojechaliśmy cali do mety.


W Alicante byliśmy dość wcześnie, a klucze do apartamentu mieliśmy odebrać dopiero po 15:00. Zanim do niego dojechaliśmy postanowiliśmy wstąpić do salonu firmowego TREK-a, w którym mieliśmy zdeponowane, załatwione wcześniej mailowo kartony do transportu rowerów samolotem.
Okazało się, że kartony czekają na nas i w każdej chwili możemy je odebrać. Tymczasem jedziemy w okolice Placa del 25 de Maig, przy którym jest nasz apartament a i szczęśliwie zlokalizowana dość spora restauracja, w której możemy przeczekać do momentu odbioru kluczy do apartamentu.
Czas oczekiwania na klucze udaje nam się skrócić do godziny 14:00, o której to spotykamy się z sympatyczną właścicielką mieszkania. Jeszcze tylko załadowanie rowerów i naszych sakw do maleńkiej, wąskiej windy i możemy cieszyć się zasłużonym odpoczynkiem. Wyprawę należy uznać za zakończoną. Jeszcze kilka dni pobytu w Alicante i czas wracać do domu.


