DOLNY ŚLĄSK,  OKOŁOTREKKINGOWO,  POLSKA,  REGIONY,  TOP,  TRENINGI I WYPRAWY GÓRSKIE,  WARTO ZOBACZYĆ

Na przedwiośniu w Górach Suchych i Wałbrzyskich

Wycieczki w ten rejon należą do naszych ulubionych. Przyczyna tego stanu jest prosta. Wspomniane góry leżą blisko od naszego rodzimego Wrocławia, a także dość łatwo w nie dojechać, zarówno transportem publicznym jak i własnym samochodem. Poza tym, same góry są bardzo ciekawe pod kątem krajobrazowym. Wejścia na poszczególne szczyty są bardzo strome i dość ciężkie za to dostarczają ogromnych wrażeń widokowych.

Cała „Kamanda” w Sokołowsku.

Jeśli w ogóle chodzi o dojazd w ten rejon to niewątpliwie, oprócz własnego samochodu, którym można dojechać praktycznie wszędzie, najbardziej pomocne są linie kolejowe umożliwiające dojazd z Wrocławia do Wałbrzycha i dalej w kierunku Jeleniej Góry (możliwość wejścia na Trójgarb, Chełmiec, Lesistą Wielką, Dzikowiec), Mezimesti (poprzednio wymienione szczyty, ale w odwrotnym kierunku, a także Stożek Wielki, Waligóra i Ruprechtický Špičák) i Kłodzka (Borowa, Waligóra, Ruprechtický Špičák) w połączeniu z siecią komunikacji autobusowej.

We wspomniane góry, jak i pozostałe masywy Sudetów Środkowych można się wybrać zarówno na jednodniowe wycieczki piesze oraz rowerowe, jak i wyjazdy weekendowe z możliwością ich wydłużenia nawet do kilku dni.

Od kilku lat, tak jak na wielu sudeckich szczytach, również w rejonie Gór Suchych i Wałbrzyskich jak grzyby po deszczu budowane są kolejne wieże widokowe, dzięki którym można podziwiać rozległe panoramy obejmujące obszar od Karkonoszy po Masyw Ślęży.

W trakcie naszej ostatniej wycieczki mieliśmy okazję odwiedzić dwie z nich, na Ruprechtickým Špičáku (881 m) oraz na Borowej (853 m).

Oprócz wspomnianych wież w bezpośrednim ich sąsiedztwie znajduje się jeszcze kilka tego typu obiektów, jak chociażby wieże widokowe na Trójgarbie (778 m), Chełmcu (8551 m), Stożku Wielkim (839 m) czy Dzikowcu (836 m).

Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy w Sokołowsku, dawnym, dość popularnym uzdrowisku. oddalonym o 30 minut jazdy autobusem miejskim (linia nr 15, cena za bilet 3,20 zł) z Wałbrzycha.

Budynek uzdrowiska w Sokołowsku. Nieco zrujnowany.

Sokołowsko, a właściwie dawne Goerbersdorff powstało w połowie XIV wieku i było, aż do roku 1855 r. niczym nie wyróżniająca się górską osadą. Jednak to właśnie w tym roku uruchomiono w Sokołowsku pierwsze na świecie specjalistyczne sanatorium dla gruźlików, w którym zastosowano nowatorską metodę leczenia klimatyczno-dietetycznego. Na jego wzór został stworzony ośrodek leczenia gruźlicy w Davos. Z biegiem czasu uzdrowisko zyskiwało coraz bardziej na swojej popularności. Przebywał tutaj m.in. dr Tytus Chałubiński, który odkrył, inspirując się Sokołowskiem, klimatyczne właściwości Zakopanego. Po II Wojnie Światowej Sokołowsko nigdy tak naprawdę się nie podniosło. Zostało zagospodarowane również jako uzdrowisko gruźlicze, ale stopniowo popadało w ruinę, czego skutki widać dzisiaj gołym okiem. Mimo to jest to, szczególnie latem bardzo fajna miejscowość do spędzenia kilku godzin lub weekendu.

Po dojechaniu do pętli autobusowej w Sokołowsku powoli ruszyliśmy w kierunku węzła szlaków turystycznych znajdującego się w centrum miejscowości mijając po drodze kilka ciekawych budynków świadczących o dawnej historii uzdrowiska, z domem zdrojowym na czele. Niestety szereg budynków jest dość mocno zapuszczonych, a samo Sokołowsko robi dość przygnębiające wrażenie, przynajmniej na przedwiośniu.

Plan na pierwszy dzień wycieczki zakładał w pierwszej kolejności wejście na Ruprechtický Špičák. Jako, że bardzo mocno wiało zdecydowaliśmy się nie iść szlakiem granicznym, a skorzystać z drogi i szlaku rowerowego usytuowanego w dolinie Sokołowca Małego.

W dolince Sokołowca Małego.

Trasa ta jest dość wygodna, prowadzi szeroką drogą, a samo wejście na grzbiet i do granicy państwowej w okolicy Kopicy (803 m) nie nastręcza żadnych problemów.

Ruprechtický Špičák widziany z okolic Kopicy.

Stąd na Ruprechtický Špičák jest już naprawdę blisko, jednak pod sam koniec pojawiają się trudności, tak jak przy zdobywaniu większości szczytów zlokalizowanych w omawianym rejonie. Podejście na szczyt Ruprechtickeho Špičáka jest bardzo strome, chociaż krótkie. Samo podejście jest jednak zdecydowanie łatwiejsze niż zejście w drodze powrotnej w sytuacji, kiedy szlak jest oblodzony, tak jak to miało miejsce na naszej wycieczce.

W efekcie po zdobyciu szczytu, schodząc z niego, trzeba było niejednokrotnie obchodzić ścieżkę i torować drogę przez las, w bardziej kopnym śniegu.

Jednak wejście na Ruprechtický Špičák wynagradza nam wszelkie trudy z tym związane. Ze szczytu bowiem rozciągają się przepiękne panoramy (widoczne na zdjęciach z jesieni), chociaż ze względu na niski pułap chmur nie do końca było nam to dane.

Jesienny widok z Ruprechtickeho Špičáka.
Jesienny widok z Ruprechtickeho Špičáka.

Podziwianie panoram jest ułatwione dzięki wieży widokowej położonej już po czeskiej stronie granicy, chociaż z polany szczytowej również rozpościerają się piękne widoki.

Jako, że bardzo mocno wiało na szczycie nie zabawiliśmy zbyt długo i postanowiliśmy jak najszybciej dotrzeć do położonego o kilkadziesiąt minut drogi schroniska Andrzejówka.

Oprócz karkołomnego zejścia ze szczytu reszta drogi do schroniska nie nastręcza już żadnych trudności. Można ją także pokonać w wielu wariantach, korzystając ze szlaków turystycznych, dróg rowerowych, przemierzając zbocza lub pokonując po drodze kolejne szczyty jak chociażby najwyższą w tym rejonie Waligórę.

My wybraliśmy jedną z dróg rowerowych, gdyż na Waligórę nie mieliśmy w planach wchodzić, a także zależało nam na dojściu do miejsca noclegu jeszcze w ciągu dnia.

Schronisko Andrzejówka w zimowej szacie.

Tym samym szybko i sprawnie dotarliśmy do schroniska Andrzejówka i jak to w nim bywa odbiliśmy się od tłumu gości konsumujących obiad, bo trzeba przyznać że jedzenie w Andrzejówce jest przednie. W związku z tym, że do Andrzejówki można dotrzeć samochodem część mieszkańców Wałbrzycha i okolicy przyjeżdża tutaj specjalnie na obiad przez co okresowo tworzą się w jadalni małe korki.

Nam na szczęścia po kilku minutach polowania na wolne krzesła udało się zająć miejsca, dzięki czemu po ludzku zjedliśmy obiad, napiliśmy pysznego czeskiego piwa serwowanego w bufecie i mogliśmy iść dalej.

W tym miejscu warto poświęcić trochę uwagi samej Andrzejówce.

Andrzejówka, a właściwie Andreasbaude została uroczyście otwarta 21.10.1933 r. Inicjatorem jego budowy był wałbrzyski aptekarz Andreas Bock i od jego imienia schronisko przyjęło nazwę, która de facto funkcjonuje do dzisiaj. Jak na ówczesne czasy był to bardzo nowoczesny i funkcjonalny obiekt. Oferował 25 miejsc noclegowych, ale za to 220 miejsc gastronomicznych zlokalizowanych w trzech salach jadalnych (obecnie udostępniona jest tylko jedna). Schroniło w swojej historii gościło wielu znamienitych gości jak chociażby królowa holenderską Wilhelminę, ale także mniej ciekawych osobników – najpierw od 1944 obiekt zajęło Hitlerjugend, a następnie w roku 1945 Wehrmacht.

Z małymi problemami po II Wojnie Światowej, w 1953 r. ponownie otwarto schronisko górskie i taką rolę Andrzejówka pełni do dnia dzisiejszego.

Jest to jedno z bardziej klimatycznych schronisk w Sudetach, zarówno pod kątem jego architektury, obsługi czy też serwowanego jedzenia. Gorąco polecamy odwiedzenie Andrzejówki. Naprawdę warto. Jedynym mankamentem tego schroniska, przynajmniej dla nas, jest zakaz wprowadzania psów do schroniska, co w dzisiejszej dobie, kiedy w wielu restauracjach wystawiane są nawet specjalne miski z wodą dla naszych pupili, może trochę smucić, ale na pewno może pojawić się także wiele głosów popierających kierownictwo schroniska w tym zakazie. Pozostaje więc nie dyskutować i zastosować się do regulaminu schroniska.

Wychodząc ze schroniska mamy możliwość udania się w naprawdę wiele kierunków. Jego położenie na Przełęczy Trzech Dolin umożliwia kompletną penetrację tej części Sudetów. Wielu turystów zdaje sobie z tego sprawę i właśnie Andrzejówkę wybiera na punkt startu jak i zakończenia wycieczki przyjeżdżając do niej samochodem lub autobusem z Wałbrzycha (linia nr 12).

Przy panującej w dolinie mgle należy dokładnie przemyśleć kierunek marszu, gdyż samo schronisko położone jest wśród dużej ilości hal przez co można niekiedy pobłądzić. Dobra mapa, orientacja w terenie lub aplikacja na telefon definiująca miejsce naszego pobytu i kierunek marszu będą nieodzowne.

Mgły na Przełęczy Trzech Dolin.

W takiej właśnie mgle przyszło nam wyjść na trasę w kierunku ruin zamku Rogowiec i dalej do naszego miejsca noclegu w Browarze Jedlinka, ale o tym później.

Po wyjściu na zewnątrz ogarnął nas bardzo silny i zimny wiatr, więc czym prędzej ruszyliśmy szlakiem koloru żółtego w kierunku Turzyny (898 m). Trasa prowadzi odkrytym terenem, więc we mgle trzeba naprawdę uważać. Po minięciu hal i wejściu do lasu droga jest już wyraźna, nie nastręcza żadnych trudności orientacyjnych. Bez specjalnych widoków dochodzimy pomału do Przełęczy pod Jeleńcem, z której już tylko kilka kroków do ciekawej grupy skalnej “Skalna Brama”.

Przełęcz pod Jeleńcem.

My poszliśmy do Skalnej Bramy obchodząc Jeleniec (901 m), jednak można też iść z Przełęczy pod Jeleńcem przez szczyt Jeleńca. Odpuściliśmy jednak tą atrakcję, gdyż mgła była taka, że i tak nie było niczego widać, więc samo wejście dla idei mijało się z celem. Za to tuż za Skalną Bramą można dojść do ruin zamku Rogowiec. część naszej ekipy tak też zrobiła, część natomiast obeszła ruiny bokiem.

Od Rogowca pozostało nam już tylko sukcesywne zejście w kierunku Jedliny Zdrój, na nasz nocleg w Browarze Jedlinka.

Cóż. W takim miejscu jeszcze nie spaliśmy (hostel położony jest nad restauracją), kiedy to kolokwialnie mówiąc w kapciach schodzi się z pokoju do browaru. Chłonęliśmy miejsce pełną gębą. Nie obyło się bez degustacji, praktycznie wszystkich obecnie warzonych piw oraz fenomenalnej pizzy, na którą zjeżdża się naprawdę wielu gości z całej okolicy.

Hostel i Browar Jedlinka.

Sam Browar Jedlinka jest typowym, małym, ale nowoczesnym browarem rzemieślniczym, w którym na stałe warzy się ok. 5-ciu gatunków piwa, a restauracja z nim połączona oferuje, oprócz złocistego trunku, wspomnianą pizzę i szereg dań “w stylu bawarskim”.

W całym kompleksie znajduje się jeszcze pałac udostępniony do zwiedzania oraz hotel, w którym m.in. serwowane są śniadania również dla gości hostelu.

Pałac Jedlinka
Fokker Dr.I. Takim samolotem latał Manfred von Richthofen – legendarny Czerwony Baron.

Po małym ucztowaniu i obchodach urodzin jednego z uczestników wyrypy pozostało udać się na spoczynek. Noc jednak nie była łatwa, gdyż mimo skręcenia kaloryferów i rozszczelnienia okien w pokojach było koszmarnie gorąco. Jakoś mimo tego udało nam się wyspać, a nagrodą za tą niedogodność było fantastyczne śniadanie serwowane w restauracji pobliskiego hotelu.

Na drugi dzień wędrówki nie planowaliśmy wielkiej trasy. Jako że nasza ekipa składała się z mieszkańców Jeleniej Góry, Żar i Wrocławia to jakoś w miarę logicznie trzeba było dotrzeć do domów. W związku z tym, w drugim dniu do zrobienia mieliśmy trasę Browar Jedlinka – Wałbrzych (okolice dworca kolejowego Wałbrzych Główny).

W drodze na Borową.

Po drodze postanowiliśmy jednak zaliczyć drugą na tym wyjeździe wieżę widokową, tym razem na najwyższym szczycie Gór Wałbrzyskich, czyli na Borowej. Samo dojście do Przełęczy pod Borową było całkiem przyjemne, początkowo szliśmy wygodną szutrową ścieżką, a następnie drogą asfaltową, która w pewnym momencie przeszła w leśny trakt.

Tunel pod linią kolejową w Glinicy.

Już na tym trakcie nieco się zmęczyliśmy, gdyż zaczęło się podejście na przełęcz, ale bez większych problemów zameldowaliśmy się u podnóża Borowej całą grupą. Przez chwilę mieliśmy, przynajmniej część grupy, dylemat czy iść na Borową, czy też obejść ją bokiem i pójść bezpośrednio na Przeł. Kozią. Jednak w efekcie końcowym postanowiliśmy zaliczyć tą dość ciężką do podejścia górę. Pogoda była przepiękna, świeciło mocno słońce, więc pewnie pluli byśmy sobie w brodę, że nie weszliśmy na szczyt i na usytuowaną na nim wieżę widokową. 

Wchodzimy na Przełęcz pod Borową.

Tak też uczyniliśmy. Po mozolnym, jednak w miarę krótkim podejściu doszliśmy na szczyt Borowej. Po dojściu postanowiliśmy zrobić na górze krótki popas, tak więc uruchomiliśmy małe przekąski, picie, pamiątkowe fotki, wejścia na wieżę, pogadaliśmy z napotkanymi na szczycie innymi turystami i pomału zaczęliśmy schodzić w kierunku Przeł. Koziej.

Jeżeli wydawało nam się, że podejście na Borową od strony Rozdroża pod Borową jest ciężkie, o tyle zejście z Borowej na Przeł. Kozią okazało się małym armagedonem. Szlak prowadził bowiem po bardzo stromym grzbiecie, a pod nogami mieliśmy mieszaninę błota i śniegu, czasami lodu co powodowało dość dużo problemów i wzmożonej uwagi. 

Przełęcz Kozia.

W efekcie końcowym udało nam się jakoś zejść i to bez większych upadków.

Z Przełęczy Koziej potruchtaliśmy jeszcze ok. 40 minut i ani się obejrzeliśmy kiedy wylądowaliśmy w okolicach dworca kolejowego Wałbrzych Główny kończąc tą krótką, ale bardzo ciekawą pod każdym względem wycieczkę.

Schodzimy do Wałbrzycha.

Podsumowując chcieliśmy jedynie wspomnieć, iż wyjazd w te rejony na wycieczkę pieszą nie należy do najlżejszych. W związku z czym zdecydowanie odradzamy zdobywanie okolicznych szczytów w okresie zimy i przedwiośnia rodzinom z małymi dziećmi. Mimo, że góry są nie najwyższe to jednak podejścia są bardzo strome, często śliskie z zalegającą warstwą lodu. Również w przypadku osób dorosłych zalecamy pewną ostrożność i zaopatrzenie się np. w raki, które w okresie zimowym znacząco ułatwiają zejście ze szczytów. Na pewno są to jednak góry do zwiedzania dla szerokiej grupy turystów w okresie od kwietnia do października, do czego gorąco zachęcamy.

Nie pisaliśmy w tym artykule nic na temat rowerowej penetracji tego rejonu. Zrobiliśmy to świadomie, gdyż zamierzamy wybrać się tutaj również na rowery, z którego wyjazdu na pewno napiszemy relację. Szlaków rowerowych w Górach Wałbrzyskich i Kamiennych jest mnóstwo, ale to już przedmiot kolejnego artykułu.

Poniżej mapka z trasą naszej wycieczki:


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *